białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje


Wyobraź sobie, że stoisz przy zwrotnicy i widzisz wagonik kolejki, który pędzi w dół po torach, a na jego drodze przywiązano pięć obcych ci osób. Obok ciebie stoi nieznany ci, otyły człowiek. Jeżeli zepchniesz go na tory, jego masa zatrzyma wagonik i uratuje ludzi. Masz tylko te dwie możliwości, co robisz?

Sprawdzenie radykalnych zachowań zwyczajnych ludzi, gdy stają się oni anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo, było założeniem słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego, którym kierował profesor Phillip Zimbardo. Chyba każdy wie, jak ów eksperyment się zakończył. Stanley Milgram natomiast w swoim eksperymencie rażenia prądem sprawdzał wpływ autorytetu  i otoczenia na działania jednostek. Wyniki obu badań są przerażające, a dla kogoś, kto nie brał w nich udziału wręcz niemożliwe. A jak Ty byś się zachował? Co byś zrobił, mając władzę i możliwość podjęcia decyzji? 
Jaka tak naprawdę jest ta mroczna część ludzkiej natury? Do jakich rzeczy jesteśmy zdolni, gdy tylko mamy możliwości? Remigiusz Mróz w powieści Behawiorysta nie tylko stawia czytelnika przed bardzo złożonym dylematem wagonika, ale także formułuje niezwykle trafną diagnozę współczesnego społeczeństwa i ludzkiej natury, która potwierdza poniekąd badania zarówno Zimbardo, jak i Milgrama.

Zamachowiec zajmuje przedszkole, grożąc, że zabije dzieci i wychowawców. Nie przedstawia żadnych żądań, nikt nie wie, co chce osiągnąć, a to wcale nie ułatwia pracy policji. Podobnie jak fakt, że całe zdarzenie transmitowane jest na żywo w Internecie – na stronie Koncertu Krwi, której wyłączenie okazuje się niemożliwe nawet dla najlepszych informatyków i hakerów. Sytuacja staje się bardziej skomplikowana, gdy zamachowiec, mianujący siebie Kompozytorem, każe swoim widzom wybierać, którą z dwóch ofiar ma zabić. Czas ucieka, ludzie głosują...
Gerard Edling to posiadający mroczną przeszłość specjalista od kinezyki – nauki zajmującej się badaniem komunikacji niewerbalnej, z powodu tej właśnie przeszłości został odsunięty od pracy w policji i prokuraturze. Jego obecność w tej sprawie okaże się jednak konieczna. Kompozytor bowiem najbardziej pragnie konfrontacji z legendarnym Edlingiem i to jemu rzuca wyzwanie.
Akcja Behawiorysty wręcz pędzi na złamanie karku, nie pozwalając biednemu czytelnikowi złapać oddechu. Następuje atak za atakiem, giną kolejni ludzie, a śledztwo stoi w miejscu. 

Behawiorysta posiada wiele zalet, jednak za największą z nich uważam odpowiednie dozowanie emocji i trzymające w napięciu tempo akcji. Jest to bez wątpienia genialnie skonstruowany thriller psychologiczny, który poza pogłębianiem portretów głównych bohaterów, emocjonalnie angażuje czytelnika. Autor pogrywa na naszych uczuciach, manipuluje nami i w sadystyczny (tak, sadystyczny!) sposób zmusza nas do wzięcia udziału w Koncercie Krwi.

Osobiście zaliczyłam już kilka spotkań z Remigiuszem Mrozem. Jednak dopiero dzięki Behawioryście pojęłam fenomen tego młodego pisarza. To jest naprawdę powieść na poziomie światowym, jaka jeszcze w Polsce nie powstała. Mocna, krwawa, drastyczna, brutalna, bestialska wręcz i pełna drakońskich scen nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Nie jest to jednak powieść dla każdego i niektórzy czytelnicy zarzucają jej nadmierny sadyzm. Ja natomiast uważam ten fakt za atut, który nadaje opowieści autentyczności. Mróz przestał się z nami patyczkować, podsyłając nam ciekawe opowiastki o wrednej pani adwokat. Tym razem serwuje nam historię autentyczną. Behawiorysta napisany jest w sposób iście mistrzowski, a jego formę porównałabym nawet do reportażu, który może stać się całkiem solidną podstawą do instruktarzu terrorystycznego (oby nie!).

Kolejny ważny aspekt powieści to jej nieprzewidywalność. I to nie tylko w zakończeniu, ale także w konstrukcji akcji i jej zwrotach, które całkowicie wymykają się kanonom i podążają swoimi, niekonwencjonalnymi ścieżkami. Dzięki temu w pewnym momencie nie tylko nie wiemy, kto tak naprawdę jest winny i ścigany, ale także bierzemy pełną odpowiedzialność za głównego bohatera. Zaczynamy siłą rzeczy zastanawiać się, jakiego wyboru dokonalibyśmy, znajdując się w takiej sytuacji. Autor nie ma dla nas, czytelników litości, bez skrupułów zmuszając nas do refleksji i zastanowienia się nad naszą moralnością, do brania udziału w tych bestialskich wydarzeniach, wyciągania na światło dzienne naszych mrocznych stron. Mistrzowsko pobudza do działania tę naszą drugą naturę, którą skutecznie ukrywamy pod płaszczem codziennej normalności. Ponadto jak zwykle pozostaje na bieżąco z aktualnymi tematami społecznymi i problemami politycznymi. Istny majstersztyk!

I nie napiszę wiele o języku (jak to?!), konstrukcji zdań czy dialogów. To jest w tej książce najmniej ważne, jednak, biorąc pod uwagę moje upodobanie tej kwestii, czuję się zobowiązana, aby wspomnieć, że nie mam się do czego doczepić. Pomimo to język całkowicie schodzi na drugi plan ustępując miejsca wartkiej akcji i emocjom. I to jest tutaj najważniejsze.

Choć o Remigiuszu Mrozie i samym Behawioryście napisano już sporo, sama też postanowiłam dodać coś od siebie (a długo ta recenzja leżała w poczekalni). Ta powieść bowiem jest niezwykle angażująca i targa emocjami. Inna niż wszystkie (a trochę ich było), które do tej pory napisał Remigiusz Mróz, nie pozwala się od siebie oderwać, na długo pozostawiając czytelnika w niemej refleksji. Po jej przeczytaniu uważam (uwaga, uwaga!), że autor całkowicie zasłużył sobie na miano Króla Polskiego Kryminału. I nie tylko kryminału. Widać, że zmiana wydawnictwa wyszła pisarzowi na dobre. A ponieważ już dawno nie zdarzyło mi się rzucić absolutem – proszę: ABSOLUTNIE każdy powinien tę książkę przeczytać. Absolutnie! 

Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Behawiorysta
Strony: 488
Wydawca: Filia
Moja ocena: 10/10


0
Podziel się

Lato. Zachód słońca. Nad brzegiem jeziora siedzą sobie dwa pączki. Jeden z nich pali cygaro. 
– Wiesz, zapisałem się na studia – mówi. 
– I co? Przyjęli Cię? 
– Nie. No co ty, pączka?! 

To mój ulubiony kawał. Tak, wiem – dla większości normalnych ludzi jest całkowicie nieśmieszny. Jednak pamiętam, gdy ten dzień, gdy usłyszałam go po raz pierwszy i zanosiłam się śmiechem przez blisko godzinę. Podobnie, jak w przypadku dowcipu o kromce chleba uciekającej przed wygłodniałymi Rumunami, która na swojej drodze spotyka kotleta schabowego. Kolejny żart w moim TOP 10. Z jakiegoś powodu ożywione jedzenie niesamowicie mnie bawi, dlatego gdy dowiedziałam się, że wspomniany w poprzedniej recenzji Krzysztof Bonk napisał książkę Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili, od razu zapragnęłam ją przeczytać. Dlaczego? 

Potem przyszło druzgocące serce, bolesne rozczarowanie – rozłąka, istna udręka. Kobieta, która zamówiła Pulpę Owocową, ostatecznie odmówiła tego dana. Powołując się na swoją dietę, wytknęła Pulpie, że jest zbyt kaloryczna, i nie skosztowawszy jej nawet troszeczkę, odstąpiła od stołu. W jej miejsce zjawił się kelner sprzątający resztki, a owocowa potrawa zalała się morzem słodkich łez. Od słodyczy w sobie bowiem gorzko płakać nie umiała. Trafiła do foliowego worka wraz ze śmieciami, do ostatniej chwili z czułością wyglądając za swoim lubym. 

Gdy nasza przeurocza, zakochana w Ostrym Sosie Chili Pulpa trafia do kontenera na śmieci, niespodziewanie spotyka w nim Pana Spaghetti – przystojnego mężczyznę w kapeluszu z listków oregano, o smukłej sylwetce i... przypalonym tyłku, którego celem jest wydostanie się ze śmietnika i zemsta na nieudolnym kucharzu, który tego haniebnego aktu dokonał. Wkrótce dołącza do nich Kotlet Mielony z wielkim marzeniem, aby stać się królem mięśni i cała trójka, ku ich wielkiemu rozczarowaniu, trafia na Wysypisko. Czym prędzej chcą się z niego wydostać i wrócić do miasta, gdzie Pan Spaghetti zemści się na nieudolnym kucharzu, a Pulpa połączy się w miłosnym uścisku ze swym ukochanym, który został na restauracyjnym stole, zamknięty w małej butelce.

Plany krzyżuje im jednak Szarlota Szarlotka, która zabiera ich do Menu – Miasta Potraw, miejsca pełnego ożywionego jedzenia, w którym beztrosko toczy się życie różnorodnych dań. Nie do końca zadowolone z obrotu spraw trio, postanawia jednak zostać w mieście, zarobić nieco środków, aby móc wrócić i spełnić swoje życiowe cele. Pulpa zostaje lodziarką, Kotlet Mielony kopie rowy, a Pan Spaghetti, posiadający fotograficzną pamięć, podejmuje pracę jako policjant-krawężnik. Szybko wpada na trop ogromnej kryminalnej zagadki z morderstwami w tle i za wszelką cenę stara się ją rozwiązać. Nie wie jednak, jak bardzo jest ona niebezpieczna i na jakie ryzyko naraża nie tylko siebie, ale także swoich najbliższych.  

Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili to książka wyjątkowa i mówię to z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa. Pełna abstrakcyjnego humoru opowieść o żywym jedzeniu to ironiczna odpowiedź na wszystkie ckliwe romansidła o idealnych ludziach kochających się trudną, acz idealną miłością. Do tego świetnie przemyślany wątek kryminalny sprawia, że ten niecodzienny romans nosi znamiona mrocznej powieści detektywistycznej z wartką, zabawną akcją i zwrotami akcji.  

Za duży plus tej opowiastki uważam dialogi – przemyślane, fajne, naturalne, śmieszne i świetnie oddające charakter poszczególnych potraw. Ogólnie cała charakterystyka bohaterów bardzo dobrze oddaje specyfikę tego, co każdego dnia ląduje na naszych talerzach. I to właśnie, obok oczywiście nienachalnego i abstrakcyjnego humoru, uważam za największy plus tej książki. Bardzo podoba mi się także cały styl, w jakim książka została napisana. Przyjemny, prosty język i niecodzienna stylizacja językowa sprawiają, że książkę czyta się dosłownie w jeden wieczór. 

I to także uważam za małą wadę Pulpy Owocowej i Ostrego Sosu Chili. Dlaczego? Bo jest to książka najzwyczajniej w świecie za krótka. Ledwie sto stron, które bez pamięci pochłaniają, zajmują, nieco za szybko wypluwają i każą pożegnać się z niezapomnianymi bohaterami i całym Menu. Wszystko dzieje się w moim odczuciu nieco za szybko. Chcę więcej! Więcej Pulpy, więcej Spaghetti i więcej Mielonego. Więcej zwariowanych, niecodziennych przygód. I przede wszystkim: więcej Menu. Tego też nieco zabrakło mi w Pulpie. Chciałabym więcej dowiedzieć się o strukturach rządzących miastem, o charakterze życia żywych potraw, o ich codzienności, o wszystkim, co się z Miastem Potraw wiąże. Krzysztof Bonk stworzył coś, co na myśl przywodzi mi literackie uniwersum z Kotku jestem w ogniu Dawida Kaina, jednak nie dopracował tego aż tak dokładnie. A szkoda, bo zapowiadało się na książkę niemal idealną. Łatwo jednak, Panie Autorze, ten błąd naprawić. I wie Pan, co mam na myśli. Więcej Pulpy! 

Jeszcze okładka. Kolejny ukłon w stronę Pani Agnieszki Radziędy. Lepiej bym tych bohaterów sama nie odmalowała! Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu i sposobu widzenia świata. Jeszcze raz – gratulacje! 

Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili to książka absolutnie dla każdego czytelnika w każdym wieku. Świetnie się przy niej będą bawić zarówno dzieci, jak i dorośli, obiecuję. Ja sama nie raz zanosiłam się śmiechem lub uśmiechałam pod nosem do jakiegoś dialogu lub ciekawej konstrukcji zdania, a cytatami z książki mogłabym wytapetować sobie pokój. I mam wrażanie, że powieść ta została napisana specjalnie dla mnie, a napisanie książki o żywym jedzeniu nie jest zadaniem łatwym, bowiem można narazić się na zażenowanie czytelnika. Macie wszyscy moje słowo, że w przypadku Pulpy Owocowej nic takiego nie ma miejsca. Jest miejsce tylko na śmiech i bardzo dobrą zabawę. Po stokroć polecam!

Podsumowanie:
Autor: Krzysztof Bonk 
Tytuł: Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili
Strony: zdecydowanie za mało! 
Wydawnictwo: self-publishing
Moja ocena: 8,5/10
2
Podziel się

Przyznaję się. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania książki wydanej na zasadzie self-publishing niezwykle się ucieszyłam. I to nie dlatego, że napisał do mnie sam autor wspomnianego dzieła, ale dlatego, że dawno nie czytałam książki, którą mogłabym od góry do dołu krytykować, nie pozostawiając na nieświadomym autorze suchej nitki. Zacierając swoje małe rączki, układałam w głowie krytyczne zdania, które mogłabym w tym celu wykorzystać. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy po kilku rozdziałach zorientowałam się, że w tym przypadku będą one kompletnie bezużyteczne. 

Iskry Czasoświatu, bo o nich tutaj mowa, to niekonwencjonalna powieść science fiction nikomu jeszcze nieznanego autora Krzysztofa Bonka (o którym niedługo będzie już głośno). Dlaczego niekonwencjonalna? Ponieważ konstrukcja fabuły nieco odbiega od wszystkich bardziej lub mniej znanych historii w tym gatunku.

Tajemnicze Iskry mieszają w strukturze czasu, przez co przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zaczynają się mieszać. Wyrwany ze współczesnego świata biznesmen przeniesiony zostaje do czasów upadku zakonu Templariuszy, pewien jaskiniowiec budzi się we współczesnym świecie na planie filmowym, reżyser kina porno rzucony zostaje do starożytnego Rzymu, a francuska wieśniaczka znajduje się w postapokaliptycznej przyszłości. To jednak nie wszyscy bohaterowie, których poznamy. Wszyscy natomiast są w jakiś niewyjaśniony sposób ze sobą powiązani. Przede wszystkim łączy ich fakt, że zmiana czasoprzestrzeni następuje w momencie, gdy dokonają mordu na swoim poprzedniku, a przeniesienie dokonuje się pod wpływem rozbłysku jasnego światła. I te sny, których żadne z nich nie potrafi zrozumieć...

Z początku jest bardzo ciekawie. Poznajemy bohatera za bohaterem, patrzymy jak jeden za drugim giną z różnych powodów i zastanawiamy się do czego to wszystko zmierza. W pewnym momencie robi się naprawdę chaotycznie i bynajmniej nie po to, aby coś się w końcu wyjaśniło. Czytelnik do końca pozostaje nieświadomy, czym są tytułowe Iskry, jaki jest ich cel i czy w ogóle takowy posiadają. Nie dowiadujemy się również, czym w istocie jest niesamowity, tajemniczy pierwiastek skyrytu i jaka jest jego rola w całości tego czasoprzestrzennego przedstawienia. Ale to naprawdę dobrze. Dlaczego? Ponieważ możemy oczekiwać kolejnej części Iskier! A z tego, co mi wiadomo, konspekt jest już napisany i zapowiada się prawdziwa jazda.

Iskry Czasoświatu przede wszystkim charakteryzuje lekki i łatwo przyswajalny język. Nie muszę chyba po raz kolejny wyrażać swojego zadowolenia z powodu braku pseudopatosu obecnego zazwyczaj w tego typu publikacjach. Krzysztof Bonk pisze niemal tak, jakby opowiadał tę historię przy ognisku, jakby wydarzyła się ona naprawdę, a ja bardzo lubię takie ogniskowe gawędy. Mało tego – uważam, że Iskry Czasoświatu powinny czym prędzej zostać sfilmowane!

Duży plus za okładkę, która tak bardzo odbiega od aktualnych trendów i nie próbuje na siłę być oryginalna. Tym bardziej, że wszystkie wydane przez Krzysztofa Bonka ebooki posiadają okładki wykonane właśnie w takiej technice i stylistyce. Ogromne gratulacje dla Pani Agnieszki Radziędy. Kawał dobrej roboty!

Niektórych pewnie zdziwi, że w ogóle podjęłam się czytania książki z gatunku SciFi, a już na pewno niezwykłą jest tak wysoka ocena. Uważam jednak, że Iskry Czasoświatu to powieść wyjątkowa, z powiewem świeżości i dobrą dawką specyficznego poczucia humoru. Znalazło się tu również miejsce na kilka ciekawych aluzji – do wyłapania dla uważnych czytelników.

Po raz pierwszy nie zakończę recenzji tego typu książki zdaniem: Polecam każdemu miłośnikowi literatury fantastycznej. Nie! Bo Iskry Czasoświatu to książka, którą powinien przeczytać każdy książkowy mól, kolejne czytadło na wysokim poziomie. I niech wstydzi się każde wydawnictwo, które odrzuciło tę pozycję, a ja czym prędzej biorę się za kolejną książkę Krzysztofa Bonka. Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili zdaje się mieć wszystko to, co najbardziej w książkach uwielbiam. Ale nic więcej jeszcze nie zdradzę.

Podsumowanie:
Autor: Krzysztof Bonk 
Tytuł: Iskry Czasoświatu
Strony: – 
Wydawnictwo: self-publishing
Moja ocena: 6,5/10
6
Podziel się

Niewiele jest takich książek w gatunku fantasy, które porywają mnie od pierwszej strony i zasysają w te magiczne światy, nie pozwalając na długi czas się z nich wydostać. Trupojad i dziewczyna również taką książką nie jest. Jednak jest w tej książce coś, co zatrzymało mnie przy niej i doprowadziło do dwóch nieprzespanych nocy. Co takiego? 

Jedno spojrzenie w oczy czarnego kota doprowadziło do tragicznego w skutkach wypadku. Nastoletnia Adrianna wypada z toru gokartowego i zapada w śpiączkę. Dla współczesnego nam świata jest całkowicie nieobecna, jednak budzi się gdzieś indziej. W Krakowie – niby tym samym, a jednak zupełnie innym. W świecie, który rządzi się innymi prawami, który istnieje jakby w innym wymiarze i który dziewczyna powoli sobie przypomina. W tym świecie nie jest już Adrianną a Panią Klątwą – istotą obdarzoną nieograniczoną mocą, budzącą postrach wśród wszystkich innych istot. Jej misją jest rozwiązanie zagadki tajemniczego Trupojada, który terroryzuje wioskę, a przewodnikiem zostaje czarny, gadający kot. Czy może być jeszcze dziwniej? Może. I bez wątpienia będzie. 

Klątwa na swojej drodze spotka naprawdę wiele intrygujących i fascynujących postaci: demonicznego Konsyliarza, Kostucha czy Śmierć i jej Uczennicę, potężnych kapłanów i morloqów oraz wielu innych. Przeżyje miłosną i erotyczną przygodę. Jednak – jak to w bajkach bywa – zwycięży jedyna i prawdziwa miłość oraz przyjaźń. 

Poza naprawdę fajną i wciągającą fabułą Trupojad i dziewczyna posiada wiele innych mocnych stron. Świat przedstawiony namalowany został na płótnie utkanym z mitów, legend i baśni, które wszyscy znamy i lubimy. W fabułę bardzo zgrabnie i umiejętnie wplecione zostały również niektóre wątki aktualnej sytuacji politycznej, a gry słowne niezwykle cieszyły moje serce. 

Weszła do lokalu, nad którym widniał szyld z napisem „Puchacz i przyjaciele”. (...) Wnętrze Puchacza przywodziło na myśl dwa słowa: elegancja i intryga. Wszystko wydawało się tutaj mieć podwójne dno: gustowne wnętrza, korytarze, sale mieniące się kolorami szkarłatu i złota, które spowijał gęsty dym cygaretek i cygar. Wysoko postawieni goście, śmietanka towarzyska Aerie, kapłani, urzędnicy, politycy, prawnicy, lekarze, ambasador obcego państwa o ciemnej karnacji czy gruby stary kupiec w towarzystwie trzech młodych nimfetek – wszyscy oni na pierwszy rzut oka emanowali klasą i potęgą, ale po chwili Klątwa dostrzegła kłamliwe usta, nerwowe spojrzenia, chciwe dłonie. 

Ja wprost uwielbiam takie zabiegi. Podobnie zresztą jak ten z zamienionym porządkiem świata: w Aerie to koty boją się myszy, a psy uważają za niezdarne i bezużyteczne stworzenia. Podoba mi się też nienachalny, lekki styl autora idealnie oddający klimat Aerie. Osobiście nie przepadam za książkami z gatunku fantasy, bowiem zdecydowanie odpycha mnie od nich pseudo-patetyczny język, którego z nieznanych mi przyczyn autorzy tak często nadużywają. Trupojad i dziewczyna to kolejna po Kotku jestem w ogniu i Redlum powieść, która udowadnia, że wcale nie musi tak być. Można napisać całkiem dobrą książkę fantasy całkiem przystępnym i prostym językiem. A ja prostotę i zwyczajność nad wyraz sobie cenię. 

Z początku miałam nieco sceptyczne nastawienie do dialogów, które wydawały mi się nienaturalne. Szybko jednak pozbyłam się dyskomfortu z tym związanego i przyzwyczaiłam się do charakterystycznych, niekiedy nieco długich wypowiedzi. Jedyne, co raziło mnie niemal do końca to za bardzo sarkastyczny, ironiczny i cięty język Chowańca – czarnego kota po przejściach, który z pozoru nie posiadał głębszych uczuć. A to nowość w świecie „wyjątkowych” i charakternych bohaterów. Nie wiem dlaczego, ale od razu przywiódł mi na myśl Joannę Chyłkę i do końca lektury nie udało mi się go w pełni polubić, choć swoim zachowaniem nie raz udowodnił, że na to zasługuje. Ot, taka moja personalna niechęć do tego typu postaci. 

Duży plus przyznaję także za tytuł, który mocno mnie zaintrygował oraz za niebanalną okładkę. Muszę przyznać, że Genius Creations w tej kwestii idzie w coraz lepszą stronę, czego niestety nie mogę powiedzieć o korekcie i redakcji. Niektóre błędy językowe i składniowe aż raziły oczy. Na szczęście nie było ich na tyle dużo, aby wpłynęły na moją ocenę książki. 

Trupojad i dziewczyna nie jest powieścią wybitną, która na długo nie da mi o sobie zapomnieć. Jest to natomiast bardzo przyjemne i lekkie „czytadło” napisane w modnym ostatnio stylu young adult, z wciągającą fabułą i dynamiczną, wielowątkową akcją. Serdecznie polecam wszystkim fanom literatury młodzieżowej oraz każdemu, kto przeżywa książkowego kaca, bowiem książka Ahsana Ridha Hassana działa jak dobrze schłodzony Radler po mocno zakrapianej imprezie. 

Podsumowanie:
Autor: Ahsan Ridha Hassan 
Tytuł: Trupojad i dziewczyna
Strony: 331
Wydawnictwo: Genius Creations
Moja ocena: 6.5/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję:


SPROSTOWANIE: Chciałabym z tego miejsca bardzo serdecznie przeprosić Pana Artura Laisena, za moje słowa zawarte w poprzednim poście (tutaj). Pan Laisen słusznie zauważył, że faktycznie nigdy nie mieliśmy okazji porozmawiać prywatnie. Osobiście miałam na myśli zupełnie coś innego, jednak nieumiejętnie ubrałam to w złe słowa. Naprawdę szczerze przepraszam i mam nadzieję, że cała sytuacja szybko odejdzie w niepamięć. 
Życzę lekkiego pióra i powodzenia w dalszej karierze pisarskiej! '

Chciałabym też wytłumaczyć się z mojej dość długiej nieobecności. W życiu moim wydarzyło się bardzo dużo i potrzebowałam troszkę czasu, aby to i owo sobie pokładać. Po pierwsze spodziewam się dziecka – małego, szatańskiego mola książkowego. Ponadto wkrótce wychodzę za mąż, a jak wiadomo organizacja i ślubu i wesela to bezdenna skarbonka na czas. Aktualnie wszystko dopinam na ostatni guzik i powoli wracam do rzeczywistości. 
Do zobaczenia więc przy okazji następnej recenzji! Czytajcie! 
2
Podziel się

Filozoficznie dziś zacznę. Kolejny rok za nami. I kolejny przed nami. Jaki był 2016 rok dla mnie? Zdecydowanie niezbyt łaskawy. Przyniósł ze sobą wiele zmian, pogrzebał wiele marzeń. Ogólnie mówiąc, dość mocno mnie spoliczkował. Nie miałam tyle czasu ile chciałam, nie poświęciłam tyle uwagi książkom i Białym Mebelkom, jak sobie postanowiłam na koniec roku 2015. Ale nie ma tego złego... Niektóre moje książkowe plany udało się zrealizować. I może właśnie od tego zaczniemy.

Zeszłoroczne postanowienia 

Postanowienia noworoczne mają to do siebie, że zazwyczaj się nie spełniają. Podejmowane pod wpływem jakiejś presji „bonowyroktonowaja” jak szybko pojawiają się w naszej głowie, tak szybko odchodzą. Wraz z motywacją. Dlatego właśnie ja od kilku lat postanawiam nic nie postanawiać i udaje mi się w tym wytrwać. No... w większości. Co roku czynię bowiem czytelnicze plany i końcówka 2015 też takowe przyniosła. Co ciekawe, większość z nich udało mi się spełnić.

Przede wszystkim Remigiusz Mróz. Od niego rozpoczęłam poprzedni rok i na nim go również zakończyłam. Z tym, że chciałam się Mrozem zachwycić, a... się rozczarowałam. Nie do końca więc po mojej myśli. Lektura Kasacji zniechęciła mnie na jakiś czas do Remigiusza. Po kilkumiesięcznej przerwie sięgnęłam po Zaginięcie... Tego drugiego nawet nie doczytałam do końca. A chciałam, tak bardzo chciałam zrozumieć fenomen Chyłki. Nie zrozumiałam. Fenomenu nie ma. W końcu jednak trafiłam na Behawiorystę. Powiedzieć, że się zachwyciłam to tak, jakby nie powiedzieć nic. Recenzja niebawem. Udało mi się również zachwycić Donną Tartt, czytać więcej Kinga (choć Mrocznej Wieży znów nie ruszyłam). Jonathan Carroll pojawił się natomiast w tym roku tylko raz ze swoim Czarnym Koktajlem.

Nie złamałam się jednak i nie sięgnęłam po czwartą część Millenium. Nie żałuję. Nie sięgnęłam także po żadną książkę Katarzyny Bondy, a twórczość Szczepana Twardocha nadal czeka na swoją kolejkę. Bilans wychodzi zatem na plus.

Największe rozczarowanie 

Nie recenzowałam wszystkiego, co przeczytałam. Nie lubię bowiem pisać o książkach, które mi się nie podobały, które mnie rozczarowały bądź męczyły. Ogromnym rozczarowaniem zeszłego roku okazała się powieść Pauli Hawkins Dziewczyna z pociągu. Mateńko, ile szumu! Ile gadania! Jaki PR bezbłędny! I rzekomo nawet sam Stephen King oderwać się nie mógł... Dobrze, że książki, które tworzy są o niebo lepsze od tych, którymi sam się „zachwyca”.

Sięgnęłam również po Motylka Katarzyny Puzyńskiej, o której głośno było w blogosferze. Autorka płodna, pisząca ładnym językiem, który zwrócił moją uwagę. Pisząca jednak nie do końca przemyślane książki, w których praktycznie żaden z ciekawie rozpoczętych wątków nie został dokończony... Przynajmniej Motylek takową książką się okazał.

Jednak największym koszmarem roku 2015 staje się Studnia Zagubionych Aniołów. „Dzieło” to wyszło spod pióra Artura Laisena, który również jako osoba prywatna nieco mnie rozczarował. Z publikacją recenzji również był nie lada problem. W końcu jednak recenzja się ukazała, konflikt został zażegnany, ale niesmak pozostał... Nie jest to jednak koszmar tak straszny jak zeszłoroczny Generał Barcz. Tyle słowem pocieszenia.

Najlepsza książka roku 2016

W poprzednim roku przeczytałam zdecydowanie za dużo bardzo dobrych książek, więc wybór tej najlepszej, tej która najmocniej skradła moje serce jest zadaniem nad wyraz trudnym. O tytuł ten walczyły w mojej głowie cztery pozycje: Po drugiej Stronie Rafała Cuprjaka, Magiczne lata Roberta McCammona, Człowiek o 24 twarzach Daniele Keyesa i Hotel New Hampshire Johna Irvinga.
I choć okrzyknęłam Człowieka o 24 twarzach jedną z najlepszych książek, jaką w życiu przeczytałam, Hotel New Hampshire wytargał mnie emocjonalnie, a Magiczne lata zwyczajnie zachwyciły, wzruszyły i rozrzewniły, to postanowiłam przyznać (wyimaginowaną co prawda) Statuetkę Najlepszej Książki 2016 roku Rafałowi Cuprjakowi!
Szok, stres, niedowierzanie... Rozumiem. Zapewne większość z Was zastanawia się, kim w ogóle jest Cuprjak i co takiego zrobił, że położył na łopatki samego Johna Irvinga i Roberta McCammona. Szczerze mówiąc – nie wiem. Po prostu Po drugiej stronie to książka MOJA, całkowicie i w stu procentach napisana jakby dla mnie. Wspaniały, plastyczny język, mistrzowskie operowanie słowem, „lejąca się” konstrukcja zdań, realizm magiczny, którego autentyczności nie śmiem nawet podważać i niezwykle prawdziwa historia, która targa emocjami, oraz pozostawia dużo miejsca na refleksję. To tę książkę polecałam w tym roku najczęściej, to właśnie za jej sprawą pożyczałam znajomym swojego Kindle'a, żeby mogli  się zapoznać, to do tej książki wracałam najczęściej, czytając losowe fragmenty. Rafał! Możesz być z siebie dumny... Tajemna Historia Donny Tartt też była brana pod uwagę. W moim subiektywnym odczuciu powaliłeś wszystkich! Jeszcze raz dziękuję i pamiętaj, że czekam na kolejną powieść, a zaraz po niej – kolejny wywiad w jakimś przytulnym miejscu!

Najśmieszniej 

Nie byłbym sobą, gdybym nie wspomniała o Marcie Kisiel. Zeszłoroczny zachwyt nad Dożywociem spotęgowany został Siłą niższą, która ukazała się w 2016 roku. Recenzja ukaże się niebawem. Na razie mogę powiedzieć tylko, że Siła niższa to pozycja równie zabawna, co jej poprzedniczka, ale także zdecydowanie dojrzalsza, z jeszcze lepszym wyczuciem słowa, jeszcze lepiej skomponowanymi dialogami i... wyciskająca jeszcze więcej łez wzruszenia.

20. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie 

Tak, jak obiecałam, na Targach się pojawiłam i tym razem już z wejściówką dla bloggerów. Niestety również nieco się rozczarowałam... Organizacja tych Targów pozostawiała wiele do życzenia: począwszy od niekończących się kolejek, przez nieprzemyślaną całkowicie wymianę książek organizowaną przez LubimyCzytac.pl, aż do braku możliwości wyjścia z Hali EXPO na papierosa i powrotu na tę samą wejściówkę...

Jednak klimat ten sam. Książki, książki, wydawanie pieniędzy, pot, tłum, książki, książki i spotkania! Spotkania, czyli to, co najpiękniejsze w tej całej inicjatywie. Oczywiście nie udało mi się dotrzeć do wszystkich. Musiałam opuścić spotkanie z Katarzyną Puzyńską, Marka Krajewskiego zastałam, gdy już odchodził, a podczas dyżuru Jakuba Żulczyka niestety musiałam być jeszcze w pracy w Częstochowie. Stojąc w niebotycznej, niewiarygodnej, największej i rekordowej kolejce po podpis Remigiusza Mroza (dla siostry, ja swój miałam z poprzedniego spotkania z Mrozem w Częstochowie), przegapiłam również moment, w którym Olga Tokarczuk podpisywała Księgi Jakubowe. Książkę jednak zakupiłam, a Pani Olga wyrosła obok mnie, jak spod ziemi i ją podpisała. To będzie najpiękniejsze wspomnienie. I może jeszcze Profesor Bralczyk patrzący mi w oczy i mówiący, że jestem „dzika”. Tak... To były bardzo udane spotkania!

Koniec tego gadania. Pochwalę się zdjęciami!


I tym samym mam całe #kiślowersum pobazgrane przez samą Ałtorkę i jej pierdolca. A wierząc słowom Marty – już nigdy mnie nie zapomni i z nikim nie pomyli! 💗


I tylko Profesora Jana Miodka brakło... Spotkanie udane, jednak niewiele zrozumiałam, ponieważ panowie dżentelmeni postanowili mówić do mnie głównie po łacinie. Gdybym wiedziała, bardziej bym się na studiach przykładała do nauki tego wcale nie (jak się okazało) wymarłego języka.


Drugie zdjęcie z Remigiuszem Mrozem w tym roku i drugi podpis. A on i tak pamięta tylko mój „synkretyzm gatunkowy”. Trzeba postarać się to zmienić!


Targowy stosik.

A więc – DO ZOBACZENIA ZA ROK!

Noworoczne postanowienia czytelnicze 

W tym roku jest to nie lada problem. Zdecydowanie największym postanowieniem jest jak zawsze: Czytać Więcej. Jeszcze więcej. I jeszcze! Więcej Tartt, więcej polskich autorów i wszystkie książki Jakuba Żulczyka, od którego rozpoczęłam ten 2017 rok. I którego od pierwszego zdania pokochałam. Chciałabym również sięgnąć po więcej Irvinga, bo Hotel New Hampshire mógł być początkiem pięknej przyjaźni.
A! I obiecuję, że spuszczę manto Genius Creations jeżeli w 2017 roku nie pojawi się nowa książka Rafała Curjaka. Obiecuję! 

Słowo i poezja!

7
Podziel się

Korzystaj z każdej okazji, jaka ci się trafi na tym świecie, choćby miało ich być chwilami za wiele, bo pewnego dnia okazje się kończą, wiesz?

Są takie książki, które zaraz po przeczytaniu pozostawiają czytelnika w niemej zadumie nad utraconą młodością, miłością lub straconymi marzeniami. Są takie książki, których treść zmusza do refleksji nad życiem. Ba! Jest mnóstwo takich książek i każdy z Was przynajmniej raz w życiu taką czytał. Ja czytałam takich wiele. Książki, które wywołują emocje i burzę myśli należą do gatunku moich ulubionych. I taką właśnie pozycją jest Hotel New Hampshire Johna Irvinga.

Hotel New Hampshire to historia prawdziwa. Nie – nie jest oparta na autentycznych wydarzeniach, a mimo to jest niezwykle prawdziwa. John Irving to nie tylko wybitny gawędziarz, ale także bystry obserwator, który opowiada nam poniewierającą i targającą emocjami oraz intelektem historię rodziny Berrych.  Historię, która wśród czytelników wywołuje dwie reakcje – całkowitą apoteozę lub zniesmaczenie. To drugie wynikać może z pojawiających się w powieści schematów oraz zbyt dosadnej oraz infantylnej estetyki i percepcji świata. Ja zdecydowanie należę do grupy otaczającej tę wyjątkową estetykę nie tylko uwielbieniem, ale także czcią! 

Wzruszającą i przerażającą historię Berrych obserwujemy oczami Johnny'ego – jednego z synów Wina i Marry, młodszego brata Franka i Franny oraz starszego brata Lily i Jajo. Poznajemy ją od samego początku – od momentu poznania się Wina i Marry. Patrzymy na ich trudną, dojrzewającą miłość, na problemy, z którymi musieli sobie radzić. Tym bardziej, że Win, głowa rodziny, to wiecznie żyjący w przyszłości marzyciel, a to nikomu nie ułatwia życia. Jest jednak niesamowicie czułym i kochającym ojcem i mężem oraz wielbicielem... niedźwiedzi i hoteli. I właśnie dlatego, zupełnie irracjonalnie, postanawia otworzyć w małym Dairy swój wymarzony hotel – Hotel New Hampshire.


Nic tylko marzymy, bez końca, a nasze mrzonki wymykają nam się z rąk – prawie tak żywe, jak tylko potrafimy sobie wyroić. Tak już jest, czy się to komu podoba, czy nie. A skoro nie chce być inaczej, wiecie czego każdy z nas potrzebuje? Dobrego, mądrego niedźwiedzia.
***
Pomyślałem, że ojciec istotnie musi być najbardziej „wzięty z wyobraźni”, bo jest najmniej rzeczywisty – najmniej (z nas wszystkich) chodzi po ziemi.

I to właśnie za murami tego hotelu, w jego licznych pokojach dzieje się prawdziwe życie. Na pierwszy plan wysuwają się skomplikowane rodzinne relacje tego niezwykłego rodzeństwa –niedosłyszącego małego Jajo, karlicy, zdeklarowanego geja, kochających się kazirodczą miłością Johnny'ego i Franny oraz psa Smutka, który zawsze wypływał na powierzchnię i zabił przynajmniej dwie osoby, sam będąc już martwym. Hotel ten stał się ich domem, miejscem, w którym powoli uczyli się życia, doświadczając go niestety z tej najgorszej strony. Miejscem również niezwykłym, gdzie kryły się toalety z maleńkimi kiblami, stoły i krzesła przyśrubowane do podłogi, i gdzie wszyscy hotelowi goście byli na podsłuchu, a gospodarze zaszajbowani na amen.

A ponieważ wszystko tutaj kręci się wokół hoteli i niedoścignionej przyszłości, o której bezustannie marzy Win, rodzina porzuca ten niezwykły dom. Za sprawą kilku zdarzeń i listu od starego przyjaciela Berrych – Freuda, postanawia wyjechać do Austrii, gdzie mają prowadzić inny hotel. Ten także w końcu stanie się nie tylko kolejnym Hotelem New Hampshire, ale także ich nowym domem. I to nie byle jakim! Domem kipiącym seksem i abstrakcją, domem pełnym rozpusty, ale także miłości i tragedii.

Oczami Johnny'ego (którego porównać mogę do postaci Kamila Kuranta) oglądamy więc amerykańską rodzinę zanurzoną w dekadenckiej atmosferze Europy lat 60. – Wiednia owładniętego płatnym seksem i ideologicznymi terrorystami. Bo w takim właśnie miejscu przyszło żyć dorastającym, oswajającym życie dzieciom Wina i Marry. Europejski Hotel New Hampshire bowiem zamieszkiwany był głównie przez prostytutki, ekstremistów oraz... gadającego niedźwiedzia skrywającego pod swoim futrem zagubioną i zakompleksioną duszyczkę. Wszyscy oni mieli ogromny wpływ na kształtowanie się osobowości rodzeństwa oraz na dalsze życie całej, choć niepełnej już, rodziny.

John Irving w Hotelu New Hampshire porusza wiele trudnych problemów: życie w przyszłości, kazirodztwo, homoseksualizm, prostytucję, terroryzm, życie po stracie najbliższych osób, samobójstwo, próbę odnalezienia swojego miejsca na ziemi, bezsensowną gonitwę za marzeniami. Jednak największym i najważniejszym z nich uczynił gwałt – zaczynając od samego aktu, przez traumę, lęk, wyparcie, wściekłość, aż do ostatecznego się z nim rozprawienia. I zaznaczyć muszę, że to ostatnie wywołuje chyba najwięcej skrajnych emocji.

Już wtedy mieliśmy jednak pierwsze przebłyski tego rozczarowania, które należałoby odnotować w każdym rzetelnym elaboracie na temat zemsty. Wszystko, co zrobiliśmy Chipperowi, okazało się w sumie mniej straszne niż krzywda, którą on wyrządził Franny – bo gdyby szale się zrównały, dla nas samych byłoby tego za wiele.
Przez resztę życia czułem się tak, jakbym wciąż trzymał Chippera Dove pod pachami, kilkanaście centymetrów nad jezdnią Siódmej Alei. Właściwie nic się z nim nie dawało zrobić – można go było najwyżej odstawić na ziemię. I tak już miało zostać. Każdy ma swojego Chippera, którego wiecznie tylko podnosi i odstawia z powrotem.

Za jeden z największych atutów tej książki uważam kreację bohaterów. To oni są najbardziej autentycznym elementem historii – są to postaci, które naprawdę umieją się śmiać, płakać i kochać niemal do utraty zmysłów. Irving stworzył doskonałą mozaikę osobowości, galerię charakterów z krwi i kości. Wniknął głęboko w psychikę swoich bohaterów i wyciągnął z niej to, co najbardziej fascynujące i przerażające. Ponadto opowiadając nam losy rodu Berrych, wykorzystał wszystko to, co w realnym życiu jest najprawdziwsze – seks, dramat i komedię. I to komedię czarną, najczarniejszą, podszytą ostrą ironią, pełną smutku (a nawet Smutka!). Choć Hotel New Hampshire to powieść prawie impresjonistyczna, z przejaskrawionymi obrazami i dominującą abstrakcją, autor całkowicie odrzuca jakiekolwiek piękno, jakąkolwiek estetykę w potocznym rozumieniu. W zamian za to w mistrzowski sposób kreuje tragikomiczną opowieść o prawdziwym życiu. Opowieść, która wwierca się w umysł, zniesmacza, obraża, bawi, zaskakuje i wzrusza. Irving bezwstydnie gra na uczuciach czytelników, którzy tańczą dokładnie tak, jak on tego chce.

W hotelu "New Hampshire" jesteśmy zaszajbowani na amen – ale cóż znaczy odrobina powietrza w rurach, a choćby i kupa gówna we włosach wobec miłych wspomnień?

Liczni malkontenci twierdzą, że gdy przeczytasz choć jedną książkę Johna Irvinga to tak, jakbyś przeczytał je wszystkie. Nie wiem, czy to prawda, ale wiem, że wszystkie chciałabym przeczytać. Chcę znów dać się emocjonalnie sponiewierać, psychicznie wyniszczyć i zostać na wiele miesięcy z książkowym kacem. Bo pomimo tego całego wstrętnego dramatu, wulgarnych i niemal odrażających opisów aktów seksualnych i sytuacji, które wzbudzają moralne zniesmaczenie, Hotel New Hampshire to tragifarsa o przemierzaniu świata w poszukiwaniu tego, czego nie ma. Jest to jednak przemierzanie szczęśliwe, bo pełne prawdziwej miłości. Ta nadzwyczajna rodzina pokazuje, że w bliskości wcale nie liczy się normalność a lojalność. Szczęśliwe zakończenia to natomiast luksus, na jaki może pozwolić sobie tylko fikcja. A mimo to i tak wszystko kończy się szczęśliwie. Poniekąd...

Dopisałeś szczęśliwe zakończenie.
Pomyślałem, że chyba niezupełnie. Ale wiedziałam, że uwzględniając wszystkie okoliczności – smutek, nieszczęście, miłość – sprawy mogły się potoczyć znacznie gorzej.

Autor: John Irving
Tytuł: Hotel New Hampshire
Strony: 560
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Moja ocena: 10/10

Mijajcie zdrowi otwarte okna!
I czytajcie.
Słowo i poezja! 


6
Podziel się

Otóż niektórzy nierozważnie trwonią to, za co inni sprzedaliby duszę: zdrowe, wolne od bólu ciało. A dlaczego? Bo są zbyt ślepi, okaleczeni emocjonalnie lub egocentryczni, żeby za ciemną krzywizną ziemi zobaczyć następny wschód słońca. Które zawsze wschodzi, jeśli tylko wciąż oddychamy.

W życiu każdego pojawia się w końcu poczucie przemijającego bezpowrotnie czasu i nieuchronnie zbliżającej się śmierci. Ta świadomość dopadała chyba również niekwestionowanego króla horroru – Stephena Kinga, bowiem w jego książkach coraz częściej pojawia się motyw śmierci i przemijania (Doktor Sen, Joyland, Przebudzenie). W bohaterach kreowanych przez pisarza widocznych jest coraz więcej jego lęków. Nie ma się co dziwić, biorąc pod uwagę fakt, że pisarz sam skończył już 69 lat i, na nieszczęście dla swoich fanów, jest już bliżej niż dalej.

King przez wiele lat swojej twórczości przyzwyczaił wiernych czytelników do nadnaturalnych suspensów, mrożących krew w żyłach scen z najgorszych koszmarów, głębokiego psychologizmu swoich bohaterów, barwnych opisów czy dziecięcego sentymentalizmu. Nigdy nie lubił również traktowania go jako pisarza horrorów – stworzył bowiem wiele historii stricte fantasy czy kilka dramatów społecznych. Wszyscy jednak bardzo zdziwili się, gdy w 2014 roku na runku pojawiła się pierwsza powieść detektywistyczna Pan Mercedes. Był to całkiem udany debiut na gruncie kryminalnej literatury, jednak niektórych zdziwił fakt, że King postanowił stworzyć całą trylogię o przygodach emerytowanego detektywa Billa Hodgesa. O ile Pan Mercedes był świetnie skonstruowanym kryminałem, o tyle Znalezione nie kradzione nie spotkało się już z takim entuzjazmem. Przypadek gonił przypadek, a nasi bohaterowie mieli niesamowite wręcz szczęście. Co innego w przypadku zakończenia trylogii. Koniec Warty jest bowiem świetnie skonstruowaną książką, idealnym zamknięciem i doskonałym zakończeniem cyklu.   

Minęło już 6 lat od pamiętnej katastrofy pod City Center. Emerytowany detektyw Bill Hodges wraz ze swoją wspólniczką Holly Gibney prowadzą dobrze prosperującą firmę „Uczciwi znalazcy”. Bill wciąż posiada jednak tłumioną od lat obsesję na temat zabójcy z mercedesa – Brady'ego Hartsfielda. Ten natomiast leży w  Klinice Traumatycznych Uszkodzeń Mózgu i niczego nieświadomy prowadzi swoje katatoniczne życie, nikomu nie zagrażając. Tak się przynajmniej wszystkim wydaje.

Brady co prawda nie odzyskał kontroli nad swoim ciałem, jednak jest w pełni świadomy. Mało tego – jego zmasakrowany amatorskim happy slapperem mózg zyskał zupełnie nowe, nadprzyrodzone zdolności. Hartsfield nie tylko może wnikać w umysły innych ludzi, ale także przejąć nad nimi kontrolę lub za pomocą podrasowanych konsol wprowadzić niczego nieświadomych użytkowników w stan hipnozy i namawiać ich do różnych rzeczy.

Kiedy dochodzi do serii samobójstw osób związanych z katastrofą pod City Center i pośród niedoszłych ofiar udaremnionego zamachu na koncercie Round Here, Bill i Holly są pewni, że stoi za tym nikt inny, a Brady. Jak to jednak możliwe, skoro delikwent leży w Klinice, robi pod siebie i ślini się, jak niemowlę? Hodges i Gibney są całkowicie świadomi tego, że nikt im nie uwierzy, a to zdecydowanie nie ułatwia sprawy. Podobnie jak fakt, że Bill jest poważnie chory i nie zostało mu dużo czasu.

Zły los lubi złe towarzystwo.

W powieści Koniec Warty nie uświadczymy tego, z czego King jest znany. Żadnych retrospekcji, żadnych opisów spowalniających akcję, żadnego ubierania wydarzeń w scenografię. Mocno zaakcentowana jest natomiast presja czasu, potęgowana przez coraz większą falę samobójstw, chorobę Billa i... warunki atmosferyczne. Ogólnie jest źle, a czytelnik cały czas ma wrażenie, że za chwilę będzie jeszcze gorzej. I bynajmniej nie jest to wrażenie mylne. Akcja wciąż przyśpiesza, nie ubłagalnie zbliżając się do kulminacyjnego momentu. Czas działa na niekorzyść Hodgesa i jego przyjaciół, ale także na niekorzyść Hartsfielda – wszyscy w pośpiechu popełniają jakieś błędy. 

Nie zabrakło natomiast tego, co ja lubię najbardziej. King jest bowiem mistrzem nie tylko wywoływania w czytelnikach pierwotnych lęków, ale także do tworzenia świetnego tła społecznego i profilowania psychopatów. Poznajemy więc owładniętą rządzą zemsty psychikę Brady'ego od podszewki. Bill ma obsesję na punkcie Hartsfielda, ten natomiast na punkcie starego Det. Em. A to szaleństwo nie może prowadzić do niczego dobrego... 

Nie ma nic lepszego niż to, czego się nie widzi.

Łącząc elementy klasycznej powieści detektywistycznej i mrocznego thrillera oraz wykorzystując znany już w twórczości Stephena Kinga motyw telekinezy (Carrie), pisarz stworzył świetną książkę, od której niemal nie sposób się oderwać. Koniec Warty to zdecydowanie najlepsza książka z cyklu o Panu Mercedesie – idealne domknięcie przygód starego detektywa i jego paczki. Zakończenie jednak złamało mi serce i pozostawiło mnie z książkowym kacem.
Choć uczciwie muszę przyznać, że było to zakończenie doskonałe....

Podsumowanie:
Autor: Stephen King
Tytuł: Koniec Warty
Strony: 559
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 8+/10

4
Podziel się
Jak coś jest dobre, to po prostu dobre jest i należy powiedzieć to głośno, wykrzyczeć wszem wobec i każdemu z osobna. Zapraszam Was zatem do miejsca, w którym zatrzymał się czas. Do miejsca, którego stróżem jest zakatarzony aniołek, kucharzem potwór z głębin zła, a lokatorem wielokrotny samobójca z zamiłowaniem do romantycznej poezji. Dodając do tego kilka utopców, otrzymujemy prawdziwy miszmasz istot nadprzyrodzonych. Jedyne, czego w tym wszystkim brakuje, to... fabuła.


„Dom. Ceglany, ani za duży, ani za mały, ot, w sam raz dla jednej rodziny, z werandą, koślawą przybudówką i... wieżyczką. Upiorną, gotycką wieżyczką rodem z kiepskich filmów grozy. Do kompletu brakowało tylko pełni, stada nietoperzy i zasnutego mgłą cmentarzyska. (...) Podłogi, boazeria, framugi, ramy okienne, kręte schody, meble o wartości chyba tylko muzealnej - wszystko drewniane, wiekowe i bardzo stylowe. Rzeźbione w drewnie detale, kwiatki, listki, łodyżki, rozety i łuki występowały w ilościach hurtowych. Całość wyglądała jak gotycki szał ciał i uprzęży, spełniony sen szalonego stolarza (...)”

Na odludziu, w małym gotyckim domku zwanym dalej Lichotką rozgrywa się prawdziwa walka między romantykiem a klasykiem. Choć nie do końca, a może nawet wcale klasykiem, ale Konradem Romańczukiem w osobie własnej. Prawdziwy romantyk jest jednak na pewno. I jak na osiemnastowieczne widmo przystało, posiada krótką miłosną historię i dłuższą historię samobójstw. Zajmuje się też wszelkiego rodzaju robótkami ręcznymi, przynajmniej dopóty, dopóki nie skończą mu się palce. Oprócz tego od ponad dwustu lat trudni się byciem znudzonym i nieszczęsnym paniczem Szczęsnym. Z tym zaiste ogromnym bagażem codziennych obowiązków pomaga mu się uporać Licho – mały, uroczy aniołek z wyszarpanymi skrzydełkami, alergią na pierze i pedantycznym zamiłowaniem do porządków. W samym centrum owego pełnego ciepła bałaganu pojawia się Konrad z wizją wspaniałego, spokojnego domu na odludziu, który odziedziczył w spadku i w którym to zamierza stworzyć swoje Dzieło Życia. Plany pokrzyżuje mu jednak Siła Wyższa i Lichotka, która ze spokojem nie ma nic wspólnego. Odkrycie przez Romańczuka macek wydostających się z piwnicy i buszujących po kuchni oraz kilku złośliwych utopców okupujących wannę przyprawia go o mały zawał serca. Tutaj zaczyna się cała przygoda. I chociaż akcja osadzona jest w czasach współczesnych, to dzięki klimatowi, jaki stworzyła Ałtorka, ma się wrażenie, że czas zatrzymał się tam w pierwszych latach dziewiętnastego wieku.  

Skupmy się jednak na tym, co bez wątpienia stanowi największy atut książki. Nie tylko postaci i ich perypetie bawią czytelników, ale też sposób, w jaki Ałtorka serwuje ten humor. Kluczowy jest tutaj język, w obliczu którego tonę w estetycznych ochach i achach. Marta Kisiel posiada bowiem coś, co ja nazwałabym wyczuciem języka. W odpowiednim momencie jest on cięty, dosadny, a miejscami wprost przesłodki i uroczy.

„Urżnąłeś mi anioła – powtórzył Konrad(...).”


„- Napaliłom na górze w kominku - oznajmiło Licho, wpadając do kuchni z naręczem wielgachnych ręczników - i wyciągnełom dodatkowe koce, alleluja. Krakersik zaraz zagrzeje rosołku, a ja naplumkam świeże kluseczki.”


„Jako tradycyjny Anioł Stróż Licho nie miało na wyposażeniu żadnych mieczy ognistych ani tym podobnych robiących odpowiednie wrażenie akcesoriów, mogło co najwyżej kopnąć z bamboszka.”

W powyższych fragmentach widać szczególne zamiłowanie Ałtorki do tworzenia nowych słów oraz do używania wszelkiego rodzaju spieszczeń. W Dożywociu pojawiają się one w szczególności przy opisach Licha i jego perypetii, co najprawdpodobniej ma na celu chwycenie czytelnika za serce. Czy jest zatem ktoś, kogo nie wzrusza mały aniołek bez spodenek, z celofanowymi włosami, w różowych bamboszkach i z wściekle różowym króliczkiem pod pachą, który mówi (aniołek, nie króliczek):  „Nie dałom rady zabrać mopa i wiaderka z wodą”? Mnie ujął i dożywotnio zdobył moje serce. Zaryzykuję nawet stwierdzenie, że Licho jest najurokliwszą książkową postacią, jaką dane mi było poznać, a przynajmniej najlepiej nakreśloną. Zupełnie innym językiem przedstawiony jest panicz Szczęsny, którego Ałtorka kreuje na widmo nader irytujące i dziwne. 

„Blond loki, zwykle opadające swobodnie na ramiona, panicz zebrał w klasyczną cebulę i związał wściekle błękitną frotką z koronkowym kwiatkiem. Efekt był wstrząsający.- Przeszkadzały, gdym haftował na tamborku, więc je okiełznałem. - Nie wydawał się zbyt przejęty tym, że wygląda jak Fragles na sterydach.”

Ciekawym zabiegiem jest też przemieszanie kilku stylizacji językowych: stylu potocznego, romantycznej prozy poetyckiej, języka religijnego i dziecięcego. Można do tego jeszcze dodać swoisty żargon Krakersa, jednak jego bulgoty i buczenia trudno byłoby scharakteryzować. Każda z postaci posiada swój własny, znamienny dialekt i to właśnie sprawia, że stają się one wprost obezwładniające i niezapomniane. Wszelkie braki fabularne uzupełniane są w Dożywociu właśnie przez oryginalny język i kostyczny dowcip, przez który momentami niemal tarzałam się po podłodze, z bólem brzucha myśląc: „Ojoj, alleluja...”

Dożywocie to po prostu szalona książka, w mistrzowski sposób napisana powieść. A może zbiór opowiadań, które nierozerwalnie łączą pewne ciągi przyczynowo-skutkowe oraz postać głównego bohatera. Jego niemal romantyczną przemianę, która dokonuje się podczas rocznego pobytu w Lichotce, można zatem nazwać pewną fabułą. Jeżeli chodzi o konstrukcję akcji, wymyka się ona wszelkim kanonom i w tym wypadku jest to ogromna zaleta. Nie ma więc przerostu formy nad treścią. Jest za to jeden wielki maraton śmiechu, nadnaturalne, abstrakcyjne sytuacje niczym u Jonathana Carolla, absurd, który na myśl przywodzi mi Franza Kafkę oraz wiele literackich powiązań, głównie tych z epoką romantyzmu. Wszystko to razem sprawia, że książki się nie czyta – ją pożera się spragnionymi słów oczami!


„Współcześnie nawet Mickiewicz musiałby kręcić kiepskie filmiki autopromocyjne i rzucać je gdzie popadnie w sieci, coby się wybić, a wstęp do „Ballad i romansów” zapewne zamieściłby na swoim blogasku. Dostawałby słitaśne komcie, a jakiś palant o przeroście ambicji bądź pragnienia intelektu krytykowałby go za to, że pisze ballady zamiast haiku.”

Zakończenie – choć jak na poważne zakończenie przystało, wyciska kilka łez wzruszenia – pozostawia pewien niedosyt. Wydaje mi się jednak, że zawsze dzieje się tak w przypadku książek, które nigdy nie powinny się kończyć, a Dożywocie bez wątpienia takie właśnie jest. Po przeczytaniu ostatniego zdania odczuwamy realny żal z rozstania z urzekającymi postaciami. Dajcie się więc na kilka chwil porwać Marcie Kisiel do Lichotki, ponieść niesłabnącemu rozbawieniu, a jestem pewna, że nikt z Was się nie rozczaruje! 


Korektę popełnił Secrus #korektormorderca
Dziękuję!
7
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • [PRZEDPREMIERA] Fragment powieści „Bezsenni” Marcina Jamiołkowskiego!
    W stolicy wybucha seria tajemniczych pożarów. W dziwny sposób łączą się one z niezwykłym błękitnym płomieniem, który nawiedza sny młode...
  • …Śmierć nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii – „Modyfikowany węgiel” [recenzja]
    Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wsz...
  • Nikt tak naprawdę nie dorasta – „Magiczne Lata” [recenzja]
    Nie śpiesz się do dorosłości. Staraj się pozostać chłopcem tak długo, jak to tylko możliwe, bo gdy raz stracisz moc magii, pozostaniesz...
  • ...a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej – „Dygot” [recenzja]
    Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni. Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uc...
  • Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok – „Flu Game” [recenzja]
    Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo pr...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates