białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje

I tak oto rok 2018 dobiegł końca. Był to dla mnie rok niezwykle intensywny i to niekoniecznie literacko. Prawdę mówiąc, był to rok, w którym przeczytałam chyba najmniej książek od wielu, wielu lat. Pewnie ma to związek z tym, że był to pierwszy rok, kiedy na pełen etat pełniłam funkcję mamy i dopiero całkiem niedawno nauczyłam się na tyle zarządzać czasem, aby wrócić do czytania i (w miarę regularnego) prowadzenia bloga. 

W tegorocznym podsumowaniu nie znajdą się informacje dotyczące zeszłorocznych literackich postanowień, bowiem siłą rzeczy niemal żadnego nie udało mi się spełnić. I tak jestem pełna podziwu, że po kilku miesiącach w ogóle coś przeczytałam, udaje mi się nie zasypiać po dwóch stronach i w ogóle, że nie przesypiam każdej, pozwalającej na to chwili. Zapomnijmy więc o tych planach i przejdźmy od razu do kolejnych kategorii ;) 

Największa literacka porażka 

Ja ogólnie mam taką zasadę, że czytam tylko książki dobre, bo na te złe szkoda mi czasu, którego nie mam ostatnio w nadmiarze. Dlatego większość książek na swoim blogu dość wysoko oceniam. Nawet jeżeli już jakąś złą książkę zmęczę, to oszczędzam sobie pisania jej recenzji, bo... patrz wyżej;) W 2018 roku przeczytałam dwie takie książki. I mam wrażenie, że przeczytałam je tylko po to, żebym miała o czym napisać w podsumowaniu. 365 dni przeczytałam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że to gniot, na który szkoda i czasu i pieniędzy. Utwierdziłam się. Nic więcej tutaj dodawać nie trzeba. Jednak po Hashtag Remigiusza Mroza sięgnęłam z nieskrywaną nadzieją na historię pokroju Behawiorysty. Dostałam natomiast książkę, której fabuła naprawdę świetnie się zapowiadała, historia miała potencjał, była wciągająca i zaskakująca, napisana jednak tak, że chyba sama zrobiłabym to lepiej. Ba! Zrobiłby to lepiej niejeden początkujący pisarzyna. Och, jakże boli mnie serce, że Mróz częściej mnie rozczarowuje niż zachwyca. Nieodnaleziona również nie podbiła mojego serca. Dobrze, że przynajmniej seria W kręgach władzy trzyma poziom. 

Najlepsza książka 2018 roku

W tym roku przeczytałam wiele dobrych i świetnych książek. Wybór tej najlepszej okazał się dla mnie na tyle trudny, że nie udało mi się wybrać tej jednej jedynej, więc postanowiłam ogłosić w tym roku dwa najlepsze tytuły. 
Same książki są wielkim zaskoczeniem dla mnie, ponieważ (jak już wielokrotnie wspominałam) nie jestem fanką opowiadań. A tu taki psikus! Oba tytuły to zbiory opowiadań! Mogę zatem z czystym sumieniem powiedzieć, że NIE BYŁAM fanką opowiadań. Teraz już jestem. Czytam ich coraz więcej, kupuję ich coraz więcej. 
Pierwsze Słowo Marty Kisiel to pierwsza odsłona mrocznego Kiśla, który, jak się okazje ma nam do powiedzenia dużo więcej. Nie będę się tutaj rozpisywać i odeślę Was po prostu do recenzji. Albo najlepiej do samej książki. 
Nie odeślę Was natomiast do recenzji Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka, bo ta jeszcze nie powstała (ale zapewne pojawi się na blogu w przeciągu kilku dni). Odsyłam Was za to całym sercem do tego popieprzonego zbioru opowiadań, który zapewne zostanie w Waszych głowach na bardzo długo. A na recenzję zapraszam wkrótce. Więcej nic nie powiem. 

O tytuł najlepszej książki walczył w tym roku również Rafał Cuprjak ze swoją drugą powieścią Mamusiu, przecież byłam grzeczna. I bardzo długo prowadził. Kisiel z Niemczykiem poczynili jednak takie zamieszanie pod koniec roku, że skutecznie zepchnęli Cuprjaka na miejsce drugie. 

Obok nich, na trzecim miejscu, a więc również na podium znalazł się tym razem Jakub Małecki ze swoim Dygotem. Po zapoznaniu się z dalszą twórczością autora okryłam jednak, że jest on bardzo wtóry i powtarzalny. Czekam więc na kolejną na książkę spod pióra Małeckiego, która zrobi na mnie takie wrażenie, jak właśnie Dygot.  

Obiecujące odkrycia 2018 roku 

A sporo ich było. W gronie pretendentów do grupy moich ulubionych autorów znalazła się w pierwszej kolejności Aneta Jadowska, która skradła moje serce najpierw swoją osobą, a później ciepłą powieścią o trupie z nadmorskiej Ustki. Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to moje pierwsze spotkanie z autorką, jednak na pewno nie ostatnie, bowiem już zaopatrzyłam się w inne tytuły spod jej pióra i jak najszybciej zamierzam po nie sięgnąć. 

Drugim pisarzem, którego zamierzam tutaj umieścić jest Wojciech Klęczar, którego druga książka Flu Game będzie dla mnie już zawsze synonimem wychodzenia ze strefy swojego literackiego komfortu, z którego chyba jednak czasem warto wyjść. W najbliższym czasie sięgnę po jego pierwszą książkę Wielopole, która jest, cóż za przypadek, zbiorem opowiadań. Już nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że te dwie pozycje nie będą jedynymi w dorobku tegoż autora.

Czytelnicze i blogowe plany na 2019 rok 

Przede wszystkim czytać więcej. Więcej pisać. Pisać też recenzje książek, które mi się nie spodobają. A ku temu będzie więcej okazji, bo biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik organizowanym przez Zuzannę z bloga Książki Sardegny. W każdym miesiącu trzy kategorie i trzy książki. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że trafię na takie, które niekoniecznie trafią w mój gust. Będzie się działo! Jest to dla mnie co prawda nie lada wyzwanie, bowiem trzy książki w miesiącu... Mateńko! Kiedy ja znajdę na to czas? Ale przecież po to są wyzwania, żeby podnosić sobie poprzeczkę.

Ponadto zamierzam rozkręcić nowo rozpoczęty cykl Matka Polka Recenzentka, który z jakiś powodów cieszy się niezwykłą popularnością. Pierwszy (i jak do tej pory jedyny) post z tego cyklu >tutaj< był przez Was w ubiegłym roku najczęściej czytanym wpisem. Jestem pod wrażeniem i bardzo się cieszę, że aż tak spodobał Wam się pomysł, który zakiełkował w mojej głowie podczas jednej z porannych (zimnych oczywiście!) kaw.

Planuję również rozpoczęcie jeszcze jednego cyklu, który wydaje mi się o wiele ciekawszy, jednak wymaga on zdecydowanie więcej przygotowań i czasu niż MPR, więc chwilkę jeszcze muszę się z tym wstrzymać.

Zaznaczę jeszcze raz, że od kilku tygodni jestem członkiem Stowarzyszenia Śląscy Blogerzy Książkowi, a więc czeka mnie jeszcze trochę pracy na tym polu. Mam nadzieję, że uda mi się na tyle zorganizować siebie i dziecko, że będę miała dla ŚBKów jak najwięcej czasu.
I to chyba by było na tyle. W ogóle jestem zdziwiona, że podsumowanie to całkowicie zdominowali polscy pisarze. Brakuje tu Kinga, brakuje wielu nazwisk, które często przewijają się na blogu. Rok 2018 ogłaszam więc Rokiem Polskiej Książki.
Słowo i Poezja! 
0
Podziel się
Nie miałam jeszcze okazji się Wam pochwalić, ale od jakiegoś czasu jestem członkiem Stowarzyszenia Śląskich Blogerów Książkowych. W związku z tym, raz w miesiącu (o ile Pokurcz pozwoli) na blogu będą pojawiać się wpisy tematyczne. Ten będzie moim pierwszym. Gdybym miała napisać książkę... 

A do pisania książki przymierzałam się już niejednokrotnie. W szkole co roku brałam udział w Ogólnopolskim Konkursie na Pracę z Literatury. Raz udało mi się wygrać (epistolarne opowiadanie o chłopaku z obozu koncentracyjnego), raz dostałam wyróżnienie (zbiór autobiograficznych anegdot z romantyczną i zabawną fabułą w tle). Traktuje to jako dwa swoje największe sukcesy na scenie literackiej. Nie wiem natomiast, czy kiedykolwiek będzie mi dane napisać swoją książkę. Choć pomysłów miałam już wiele. Jeden nawet opracowany był w każdym, najmniejszym szczególe. Komputer jednak mi się spalił, a zapisany plik przepadł bezpowrotnie… Nauczona doświadczeniem, przy następnym przypływie weny, notatki skrzętnie zanotowałam w swoim CZERWONYM KAJECIE. Pokurcz postanowił mi jednak ten kajet zawinąć, a następnie… zjadł moje opowiadanie. A raczej jego szkielet. Ale zeżarł. Więc chyba nie jest mi dane zostać wielką pisarką. 

Gdybym miała napisać książkę, na pewno ocierałaby się ona o realizm magiczny. Każda bowiem historia, która urodzi się w mojej głowie, zawiera w sobie pierwiastek Niesamowitego. Moim pierwszym pomysłem była kryminalna historia z detektywem ćpunem w roli głównej. Poznawalibyśmy go w momencie, w którym budzi się w krzakach po kolejnej suto zakrapianej imprezie i nic nie pamięta. Wkrótce w tych samych krzakach znajduje ciało pięknej dziewczyny. Kierowany przez jej ducha prowadzi śledztwo, którego koniec byłby naprawdę szokujący. Zarówno dla potencjalnego czytelnika, jak i samego detektywa. Ale zakończenia nie zdradzę, bo może jeszcze kiedyś coś się z tego urodzi… A! I narracja miała być prowadzona z perspektywy tej zmarłej dziewczyny. A w zasadzie to jej ducha. 

Teraz kolej na pomysł drugi, czyli ten, który zaginął w otchłaniach mojego spalonego dysku. Ta historia też miała być kryminalna. Bohaterką byłaby licealistka z niewielkiej miejscowości, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami. W sumie to jedną zdolnością – w snach słyszała prawdziwe myśli osób, z którymi rozmawiała w ciągu dnia. Byłoby to powodem jej wielu życiowych rozczarowań. Aż do momentu, gdy pewnej nocy odkrywa w głowie kolegi myśl o ukrytym w jego studni ciele matki. Nawiązuje więc z nim bliższą relację, aby później, w snach, prowadzić swoje śledztwo. Dopracowany miałam w tej historii każdy szczegół, pojawiać miał się również wątek miłosny. Ogólnie wszystko miało być tak, żeby podobało się niemal każdemu. W zaistniałej sytuacji nie spodoba się nikomu :) 

Zdradzę Wam jeszcze, że opowiadanie, które pożarte zostało przez Pokurcza zawierałoby w sobie odnalezione dziecko, elementy z prozy Jonathana Carrolla i Stephena Kinga oraz całkiem niezwyczajną szafę. Jako, że udało mi się ocalić przed wszystkożerną paszczą fragmenty moich obszernych notatek, więcej powiedzieć nie mogę. A nuż jeszcze któregoś pięknego dnia do tej historii wrócę.

Jeżeli chodzi o okładkę, zawsze marzyła mi się czarna, matowa, z lakierowanymi elementami w kolorze turkusu lub pudrowego różu. Co dokładnie miałoby na niej się pojawiać, nie mam pojęcia. Ale na ten moment zapewne poprosiłabym o projekt Tomasza Majewskiego. 

Chyba każdy książkoholik marzył o tym, aby któregoś dnia w jego księgozbiorze znalazła się książka z jego nazwiskiem. I przy okazji tych nadchodzących Świąt każdemu marzycielowi-pisarzowi tego z całego serca życzę! 
0
Podziel się

Pamiętam ze swojego dzieciństwa okres wielkich oczekiwań na premiery kolejnych książek z serii o Harrym Potterze. Pamiętam, jak ten mały czarodziej obudził we mnie miłość do czytania. Od tamtego czasu nie było takich wakacji, których nie rozpoczęłabym lekturą wszystkich części Harry'ego Pottera, po których następował maraton filmowy. I za każdym razem jest tak samo – tak samo magicznie, tak samo niesamowicie. I wiecie co? Bardzo możliwe, że nasze dzieci będą z taką samą miłością i zaangażowaniem zaczytywać się w historiach o małym aniołku z alergią na pierze i jego radosnej ekipie, która to z książki na książkę wciąż się powiększa. Życzyłabym tego sobie i życzyłabym tego Marcie Kisiel. 

Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów... albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki.

Małe Licho i tajemnica Niebożątka to kolejna po Dożywociu, Sile Niższej i Szaławile opowieść z uniwersum Lichotki i okolic. Ta jednak dedykowana jest przede wszystkim dzieciom (tym nieco większym), ale zapewne przypadnie do gustu także dorosłym, szczególnie fanom Ałtorki. 

Niebożątko, Bożek, Bożęty… Ten dziewięciolatek nie tylko imię ma niezwykłe. Na ogół rzecz biorąc, niezwykłe ma wszystko, poczynając od ojca – seryjnego samobójcy zakochanego w romantycznej poezji oraz robótkach ręcznych, poprzez nietuzinkową rodzinkę i zasmarkanego anioła stróża, aż po swoją wielką tajemnicę. Tajemnicę, której strzeże, jak największego skarbu, jak wielofunkcyjnych chrabąszczy. Tajemnicę, która wkrótce może wyjść na jaw, bowiem wujek Konrad zarządził, że Bożek idzie do normalnej szkoły… I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Bożek nie znał za bardzo innego świata niż ten, który od urodzenia go otaczał. Nie wiedział nawet, czym właściwie jest ta cała szkoła. Nie rozumiał, po co mu ten cały świat. I Licho też nie rozumiało. Tym bardziej, że to wydarzenie zmieniło tak naprawdę wszystko…

Małe Licho i tajemnica Niebożątka to pełna ciepła i miłości opowieść o tym, co jest w życiu dzieci  (i nie tylko!) najważniejsze. Marta Kisiel zauważa i porusza naprawdę istotne dla dziecka problemy – brak rodzica, obojętność dorosłych, brak zrozumienia i akceptacji czy fakt wielkiego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest pójście do szkoły. Uczy także tolerancji i pokazuje, że bycie innym wcale nie jest złe, że bycie innym to tak naprawdę bycie kimś wyjątkowym. To wszystko sprawia, że opowieść ta, choć dedykowana dzieciom, jest bardzo dojrzała i pozbawiona infantylności, którą można przypisać większości tego typu książek. Mało tego! Małe Licho to książka pełna grozy, którą podkreśla romantyczna ballada J. W. Goethego Król Elfów, towarzysząca Niebożątku niemal od narodzin. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie rozpłynęła się właśnie w tym momencie nad językiem, co uczynić zamierzam. Małe Licho napisane jest językiem prostym, a zarazem bogatym. Ałtorka nierzadko używa słów, które dla dziecka mogą być niezrozumiałe. Po co? A pewnie po to, żeby dziecko zapytało: mamo/tato, a co to jest abdykacja? (Trochę to sadystyczne ze strony Marty Kisiel – jakby dzieci zadawały za mało pytań z gatunku: a co to jest? a po co? a to, co to jest?). To właśnie sprawia, że książka ta edukuje, naprawdę edukuje, wzbudza ciekawość i chęć rozumienia. Nie zabrakło tu również zabawy słowem, zabawy formą i w ogóle żadnej zabawy w Małym Lichu nie zabrakło.

Jeden z moich ulubionych fragmentów Małego Licha to ten, w którym Ałtorka opisuje beztroski czas lata, niczym nieskrępowanej zabawy. Ach, jak ja uwielbiam takie opowieści! To słońce, ten czas ciągnący się w jego promieniach, jak cukierki krówki, te zabawy, wygłupy, czysta, dziecięca radość. To jest to, za czym tak bardzo się tęskni, gdy jest się już dorosłym... 

Stary dom ożywał i zaczynał się ten najwspanialszy ze wszystkich czas. Czas długich i ciepłych dni, czas okien otwartych na oścież, czas buszowania po ogrodzie, podjadania owoców prosto z krzaczka, tarzania się w świeżo skoszonej trawie (dopóki mama nie zobaczyła plam na ubraniach), czas szaleństw w stawie, nocowania w namiotach i jedzenia pieczonych ziemniaków prosto z ogniska, chociaż parzyły język i palce.

Małe Licho i tajemnica Niebożątka wciąga, bawi, śmieszy, straszy, wzrusza i uczy. Pokazuje pewne rzeczy nie tylko dzieciom, ale zauważa także to, na co dorośli powinni zwrócić uwagę. Czego więcej chcieć od książki dla dzieci? Może kilka naprawdę wyjątkowych ilustracji? A proszę bardzo! Paulina Wyrt wykonała kawał naprawdę zachwycającej roboty. Jej ilustracje (a dużo ich tutaj, oj dużo!) są  po prostu przepiękne, oddają klimat historii i pomagają młodszym czytelnikom sobie ją lepiej wyobrazić.

Ja osobiście w Małym Lichu odnalazłam to, za co wiele lat temu pokochałam Harry'ego Pottera. Odnalazłam miłość, przyjaźń, wiarę. Odnalazłam akceptację, tolerancję i grozę. Żadnej innej książce wcześniej nie udało się dotknąć tej części mojej świadomości tak wyraźnie, jak przed wieloma laty zrobiła to Rowling. Marta Kisiel naprawdę to zrobiła, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel 
Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Ilustracje: Paulina Wyrt
Dla dzieci: +10 lat
Strony: 204
Wydawnictwo: Wilga – GW Foksal
Moja ocena: 10/10

0
Podziel się

W takim jestem aktualnie wieku, że zarówno ja, jak i wiele moich koleżanek, postanowiłyśmy się rozmnożyć, stając się nieodwracalnie matkami na trzy etaty. Na szczęście w każdej pracy, nawet w tej, którą wykonuje się 24 godziny na dobę, są zbawienne przerwy. Czasem dłuższe, czasem krótsze, ale są. Ja w czasie swoich (nielicznych ostatnimi czasy) przerw maniakalnie pochłaniam książki i z niewyjaśnionych przyczyn dzielę się swoimi o nich wrażeniami tutaj. Mój Pokurcz książki też lubi. Jak to się stało? 

Gdy dzieci są jeszcze TAM, to strasznie im się nudzi! 

Wiele moich znajomych (i nieznajomych w sumie też) pyta mnie: kiedy zaczęłaś czytać Małemu? albo kiedy najlepiej zacząć czytać dziecku? Jak to się dzieje, że moje dziecko chętniej wyciąga rękę po książeczkę niż po telefon? Zasada jest bardzo prosta: NIGDY NIE JEST ZA WCZEŚNIE, ŻEBY ZACZĄĆ CZYTAĆ SWOJEMU DZIECKU! I tę zasadę, moje kochane mamuśki, kochani tatuśkowie także, zapamiętajcie i weźcie sobie do serca. 

Kiedyś tam, jacyś tam naukowcy z zagranicy udowodnili, że dziecko słyszy, będąc jeszcze w brzuchu mamy. Tak słyszy, jak słyszy się pod wodą, ale jednak. Po wyjściu na świat niewiele jeszcze widzi, ale słyszy bardzo dobrze i, co najważniejsze, rozpoznaje głosy ludzi, których w tym brzuchu najczęściej słyszało. Dobrze jest więc puszczać swojemu brzuszkowi muzykę, co wielu rodziców praktykuje (praktykowałam i ja!). Dlaczego by więc nie czytać maluchowi na głos? Przecież tym dzieciom w tych brzuchach musi się strasznie nudzić!

Od czego zacząć to całe czytanie do brzucha? 

Maluchy, którym puszcza się muzykę w ich pierwszym apartamencie, wyraźnie się ożywiają. Możemy więc zaobserwować, czy bardziej podoba im się Sławomir czy raczej Slayer. Co ciekawe, po wyjściu na świat, gdy przekonają się, że jednak istnieje jakieś życie po porodzie, rozpoznają piosenki, których słuchały. Jacyś inni naukowcy (a może i Ci sami, o których mówiłam wcześniej) udowodnili, że tak samo noworodki i niemowlęta reagują na słyszany wcześniej i znany im tekst!

A mogę czytać mojej małej „Mikołajka”? Ja bardzo lubiłam „Mikołajka”, gdy byłam mała – zapytała mnie ostatnio jedna z przyszłych mam. Dziewczyno! Czytaj jej nawet Ogniem i Mieczem, jeżeli to Twoja ulubiona książka jest. Ja do swojego brzucha deklamowałam Remigiusza Mroza, Martę Kisiel, Stephena Kinga i wiele innych książek niekoniecznie dla dzieci. Bo dla tego małego akrobaty w brzuchu najważniejszy jest Twój głos, głos mamy/taty. Znaczenia słów przecież i tak nie rozumie.

Jeżeli jednak chcecie zaobserwować reakcję swojego dziecka, zrezygnujcie z prozy. Postawcie na poezję (choć poezja to słowo w tym przypadku wygórowane). Krótkie, rytmiczne i rymowane wierszyki najlepiej się w tym przypadku sprawdzą (niekoniecznie Inwokacja z Pana Tadeusza, choć ta bez wątpienia jest i rytmiczna, i rymowana).

Mój Pokurcz bardzo lubił, gdy fragmentami recytowałam mu Lokomotywę Juliana Tuwima i do tej pory mu to zostało. W okresie, kiedy cierpiał straszne kolki, Lokomotywa nie raz uratowała nam wieczór. Czytałam mu też inne wierszyki, które pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Po urodzeniu chętnie zasypiał przy Panu Maluśkiewiczu (również Tuwima).

Jaki jest sens czytania noworodkom? 

Jak już wcześniej wspomniałam, dziecko po narodzinach niewiele widzi. Słuch ma za to bardzo
dobry. Kocha Twój zapach i głos. Nic nie działa na niego tak kojąco, jak właśnie Twój, mamo/tato, spokojny i pełny miłości głos. Przede wszystkim po to warto czytać tym najmniejszym.

Pamiętam, że jak Pokurcz się urodził, akurat czytałam Amerykańskich Bogów Neila Gaimana. I już w szpitalu, leżąc na sali szeptem czytałam mu tę książkę (jakoś nic innego pod ręką nie miałam ;)). Inne świeżo upieczone mamuśki patrzyły na mnie, jak na kosmitkę, ale co tam. Maluch wykrzywiał buzię w grymasie, który przypominał uśmiech i zasypiał. Jak aniołek.

W późniejszym okresie wielokrotnie stosowałam tę metodę usypiania. Brałam Pokurcza na ręce i czytałam mu na głos. Zajebiście szybko odpływał przy Wotum Nieufności Remigiusza Mroza, czy Dożywociu Marty Kisiel. Oczywiście, nie zanudzałam go jedynie swoimi lekturami. Kiedy tylko mogłam czytałam mu wierszyki i rymowane bajeczki (aż w końcu nauczyłam się ich na pamięć i nie potrzebowałam książki, robiłam za to cielesne wizualizacje).

I tak własnie trzeba robić. Od początku. Pamiętajcie, mamuśki i tatuśkowie – dziecko nie słucha. Dziecko nas obserwuje, dziecko nas naśladuje, bo w jego małej, nieświadomej główce jesteśmy autorytetem, który bezwarunkowo robi wszystko bezbłędnie.

Jak ja to robię, że moje dziecko chętniej sięga po książkę niż telefon? A no tak, że częściej widzi mnie z nosem w książce, niż z nosem w telefonie. Ot, cała, wielka tajemnica!

I na koniec jeszcze raz powtórzę: NIGDY NIE JEST ZA WCZEŚNIE, ABY ZACZĄĆ CZYTAĆ SWOJEMU DZIECKU!
***
Matka Polka Recenzentka to zupełnie nowa seria wpisów na Białych Mebelkach, w której znajdziecie nie tylko tego typu artykuły i przemyślenia (zawsze stricte związane z książkami i czytaniem), ale także (a może nawet przede wszystkim) recenzję książeczek dla tych najmniejszych (i tych trochę większych też). 
0
Podziel się

Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo przecież z niego wyrosłem. Tak jak wyrasta się ze starych spodni, ze zbierania puszek czy wiary w to, że świat urządzony jest sprawiedliwie. 

Kraków, lipiec 2016 roku. W dusznym i gorącym powietrzu wisi widmo zbliżających się Światowych Dni Młodzieży, a w mieście dochodzi do serii niewyjaśnionych zaginięć. Sędzia Kamil Wojtas w wolnych chwilach zajmuje się odwiedzaniem krakowskich knajp (choć na co dzień są to raczej herbaciarnie), przysłuchuje się barowym rozmowom i stara się uciec od swojego nudnego, prozaicznego życia, z którego nigdy nie był zadowolony. Próbuje uporać się z demonami własnej przeszłości, ze swoimi słabościami i przyszłością o tyle przerażającą, że zdającą się nie należeć do niego. Jak zresztą wszystko. 

Flu Game to druga po Wielopolu książka Wojciecha Klęczara, do której, przyznam szczerze, nastawiona byłam nieco sceptycznie. Proza współczesna, proza barowa, proza egzystencjalna. Byłam pewna, że dla mnie miejsca tam nie będzie. Ale było. I jestem bardzo zadowolona, że udało mi się wyjść poza strefę mojego literackiego komfortu. 

Wszystkie wydarzenia obserwujemy oczami głównego bohatera, którego w sumie uznać możemy za bohatera jedynego. Reszta postaci tylko pojawia się i znika – bez znaczenia, czy były one bardziej czy mniej istotne. Robią, co mają do zrobienia, i znikają. I choć na początku wydawało mi się to dość dużą wadą, z czasem zrozumiałam, że przecież to świat widziany oczami Wojtasa – człowieka, któremu właśnie w ten sposób upływa życie. Człowieka, wokół którego po prostu dzieją się rzeczy,  dla którego nic tak naprawdę nie ma znaczenia i który każdego dnia przyodziewa maskę, udając, że wcale tak nie jest, że nie jest samotny i wyobcowany. 

Klęczar skleił świat przedstawiony ze strzępków wspomnień, barowych rozmów, którym przysłuchuje się nasz bohater, oraz monologów Kamila Wojtasa. Przede wszystkim tych ostatnich. Wydawać by się mogło, że taki sposób opowiadania historii nie ma szans na powodzenie – ktoś przyszedł, coś powiedział, poszedł i w sumie jakoś nic z tego nie wynika. Ogólny chaos stworzony z przypadkowych sytuacji, spotkań, rozmów i wspomnień. Na pierwszy rzut oka może nie wyglądać to dobrze. Moim zdaniem jednak taki sposób budowania historii jest jednym z największych plusów Flu Game. Bo jak inaczej autentycznie opowiedzieć świat, który nas otacza, jeśli nie właśnie opisując sytuacje, które się wokół wydarzają? Te zwykłe, prozaiczne, te których może nie zauważamy, a które są drobnymi, acz stałymi elementami życiowej mozaiki? 

Ta historia płynie. Ale nie tak, jak gładko płyną opowieści snute przez Jakuba Małeckiego. Ta historia jest leniwa, mozolna, jak świat obserwowany przez Kamila ze swojego balkonu, z całkiem nowego fotela z Ikei. Ta historia jest duszna i parna, jak lipcowe popołudnia. Ta historia miejscami zdaje się nie do zniesienia.

Flu Game to powieść przede wszystkim niezwykle autentyczna, prawdziwa, namacalna wręcz, napisana niezwykle ładną, poprawną i prostą polszczyzną. Prawdziwą. Zabrakło w tym wszystkim tylko rzetelnej redakcji, która mogłaby niektóre fragmenty wyciągnąć na jeszcze wyższy poziom. Miejscami miałam wrażenie, że zdania do siebie nie pasują, że momentami brakło chęci i staranności, że można by przeredagować to i owo… Ale to jedna z niewielu wad. 

Powiedzmy to sobie od razu (choć może nie tak od razu, skoro dopiero teraz): Flu Game to nie jest kryminał. I choć echa tych tajemniczych zaginięć ciągną się przez całą powieść, nie jest to historia o domorosłym detektywie, który na własną rękę rozpocznie niezwykle niebezpieczne śledztwo. Co to to nie! Niech nie zwiedzie Was blurb (mnie trochę zwiódł, przyznaję się). 

Zakończenie Flu Game jest o tyle dziwne, że mogłoby być zakończeniem zupełnie innej książki, zupełnie innej historii. Klęczar nagle zupełnie burzy cały światopogląd, który zbudował, tworząc tę opowieść. Jak za dotknięciem różdżki ściąga maski, pozbywa się pozorów, zadaje naprawdę ważne pytania. Jednak czy można na nie w ogóle odpowiedzieć? 

Flu Game to historia niedopowiedziana, to historia, która nieco niepokoi, historia, która – mam wrażenie – tak naprawdę zaczyna się wtedy, kiedy książka de facto się kończy. 

I choć po skończonej lekturze nie nie potrafiłam o niej zbyt wiele powiedzieć, a recenzja miała być krótka, bo nie umiałam ubrać w słowa swoich wrażeń, to w trakcie pisania nabrały one kształtów możliwych do opisania. Tak jakby książka urosła w mojej świadomości podczas pisania recenzji. Zdarzyło mi się tak, zaiste, pierwszy raz! 

Podsumowanie:
Autor: Wojciech Klęczar
Tytuł: Flu Game
Strony: 130
Wydawnictwo: FORMA
Moja ocena: 7,5/10
0
Podziel się

Borykająca się z ogromną samotnością Olga zauważa na przystanku tajemniczą postać – ni to chłopca, ni mężczyznę, który uporczywie powraca do niej w myślach. Aż do pewnego dnia, w którym tragiczne wydarzenie krzyżuje losy tej osobliwej dwójki. Jak się okazuje, Dzik (bo tak w myślach nazwała go kobieta) jest nie tylko równie samotny, ale także zamknięty we własnym świecie. Oboje wyalienowani, oboje bez nadziei spotykają się, aby w pewien nietuzinkowy sposób sobie pomóc. 

Jakub Małecki w swojej najnowszej powieści Nikt nie idzie opuszcza polską prowincję i umiejscawia bohaterów w wielkim mieście. Miasto to po brzegi wypełniają przeróżne uczucia, na czele których staje samotność. Jednak nie jest to takie miasto jak u Jakuba Żulczyka – żyjące własnym życiem i pożerające ludzi. Tutaj Warszawa i jej ogrom stają się jedynie tłem dla hermetycznych wydarzeń. 

Kolejnym novum jest fakt, że Małecki ograniczył swoją historię do zaledwie kilku lat, a nie jak poprzednio – wielu pokoleń. Skupił się zaledwie na czwórce bohaterów: Marzenie, Klemensie, Oldze i Igorze. Ich historie krzyżuje w niesamowity sposób i sprawia, że stają się one niezapomniane.

Największą zaletą Nikt nie idzie jest bez wątpienia narracja, poprowadzona także w inny niż dotychczas sposób. Pocięte, porozsypywane wspomnienia i historie oraz zaburzona chronologia prowokują czytelnika do samodzielnego odkrycia i poukładania prawdziwego biegu wydarzeń. A ja uwielbiam takie narracyjne zabiegi. Każdy rozdział coraz bardziej przybliżał mnie do bohaterów, każde wspomnienie sprawiało, że coraz bardziej się z nimi zżywałam. Trudne emocje, niezwykle trudne życiowe sytuacje i wszechobecna, dominująca samotność, kilka niedopowiedzianych słów, zawieszonych gestów, niedokończone historie bliskich sobie ludzi i ogromna tęsknota – to wszystko Jakub Małecki opisał zwyczajnie, prosto, po ludzku i niezwykle autentycznie. A gdzieś w tle wciąż cicho i subtelnie gra muzyka. 

Nikt nie idzie to powieść bez wątpienia wciągająca. Hipnotyzująca wręcz i niepozwalająca się od siebie oderwać. Dodatkowo urzeka subtelną symboliką, która daje do myślenia i pozwala na różnego rodzaju interpretacje. 

Nie jest to jednak książka wolna od wad. Największą, jaką mogę jej zarzucić jest wtórność. Choć z jednej strony jest to coś nowego w wykonaniu Jakuba Małeckiego, choć inna jest koncepcja i narracja, brak jakiegokolwiek ocierania się o magiczny realizm, Nikt nie idzie tak bardzo przypomina swoje poprzedniczki. Ponownie mamy bohatera innego, upośledzonego, wyalienowanego, po raz kolejny kobiety zamknięte są w swoim nieszczęściu i pogodzone ze swoim losem, który chciałby przecież zmienić, znów wszystko jest takie melancholijne i smutne. Małecki po raz kolejny pokazuje świat, w którym praktycznie nie ma nic radosnego, nie ma nadziei na lepsze jutro. A gdy tylko takowa się pojawia, zaraz to jutro ją przegania. 

Gdyby było to moje pierwsze spotkanie z Jakubem Małeckim zapewne byłabym bardziej zachwycona (jak w przypadku Dygotu), bardziej rozpływałabym się nad poetyką tych historii. Jednak patrzenie na świat oczami autora zaczyna zbyt mocno mnie smucić... 

Nie ma jednak wątpliwości, że Nikt nie idzie to książka bardzo dobra, zapadająca w pamięć, pozostawiająca książkowego kaca. To książka, którą naprawdę warto poznać. 

Podsumowanie:
Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Nikt nie idzie
Strony: 262
Wydawnictwo: SQN
Moja ocena: 7/10
0
Podziel się

Z Mrozem tak już jest, że albo się jego książki wielbi bez wyjątku, albo nienawidzi za sam fakt, że wyszła spod pióra tegoż autora. Ja należę do tego nielicznego grona osób, które zarówno go nie znoszą, jak i uwielbiają. O ile serie z Forstem czy Chyłką, Czarna Madonna i Hashtag to książki, z czytania których nie czerpałam zbyt wiele przyjemności, o tyle Behawiorystę, dwie pierwsze części Parabellum i serię W kręgach władzy uwielbiam. 

W drugim tomie serii W kręgach władzy Remigiusz Mróz pokazuje nam politykę właśnie odrażającą i fascynującą zarazem. I nie będzie przesadą, jeżeli powiem, że Większość bezwzględna to tom o wiele lepszy od swojego poprzednika (Wotum nieufności). Ba! Możliwe, że jest to nawet jedna z najlepszych książek w dorobku autora (choć potężną konkurencję stanowi tutaj właśnie Behawiorysta). A pierwsze, co przyszło mi do głowy po przeczytaniu tej książki to pytanie: „Dlaczego tego tomu nie reklamuje się już jako polskie House of Cards?”. Przecież Większości bezwzględnej dużo bliżej do serialowych (i książkowych) realiów amerykańskiej polityki niż Wotum nieufności! 

Czasem odnoszę wrażenie, że polityka polega na nieustannym dodawaniu kolejnych nazwisk do listy ludzi, którzy ci podpadli.


Polska pogrążona jest w kryzysie politycznym. Nie udało ustalić się wotum nieufności, a Patryk Hauer wylądował w szpitalu. Prezydent Daria Seyda planuje międzynarodowy szczyt w Malborku lecz docierają do niej informacje o planowanym w tym czasie zamachu terrorystycznym. Czy można ufać temu, kto te informacje dostarczył? Czy w tym okropnym świecie w ogóle można komukolwiek ufać? Tym bardziej, że kłody pod nogi podkłada Darii ktoś z jej najbliższego otoczenia... A zakończenie tej historii szokuje i pozostawia czytelnika z nutką niedowierzania. A sam autor zdaje się pytać: „a co z nami? co z Polakami?”

Większość bezwzględna to książka, którą możemy traktować, jak powieść z kluczem. Autor zdaje się puszczać oko do każdego uważnego czytelnika, który bez problemu dopasuje fikcyjne postaci do prawdziwych polityków, a wymyślone sytuacje do tych, które faktycznie miały miejsce. Prawdziwa gratka dla fanów i obserwatorów polityki. 

– Ale ten świat odchodzi. I zaczyna się...
– Co? Era rządów prawa? I sprawiedliwości?
– Nie miałem zamiaru używać tak górnolotnych określeń.
– Stwarzałeś takie wrażenie. Poza tym brzmi nieźle, może któraś partia powinna się tak nazwać.

Nie trzeba jednak być na bieżąco z sytuacją polityczną (mnie też zwykle odechciewa się oglądać jakiekolwiek wiadomości), aby świetnie bawić się, czytając tę książkę. 

W Większości bezwzględnej Remigiusz Mróz przedstawia politykę jako grę i dla nikogo ten fakt raczej zaskakujący nie jest. Zasmucające jest jednak, że nie jest to gra o dobro państwa. Nie jest to nawet gra o dobro obywateli. Jest to zwykła, okropna i pełna obłudy gra o tron, oszukańczy hazard znaczonymi kartami. Autor przedstawia scenariusz najzwyczajniej przerażający i o tyle straszniejszy, że prawdopodobny. 

Drugi tom serii W kręgach władzy to swoista zaduma nad kondycją i ustrojem państwa, z której, niestety, nic dobrego nie wynika. Odnajdziemy tutaj też analizę parlamentaryzmu i rządzącej nim arytmetyki oraz teoretyczną i praktyczną analizę mikrotargetingu, który we współczesnej polityce odgrywa ogromną rolę. 

Przy okazji tej serii autorowi często zarzuca się encyklopedyzowanie. Mówi się o dialogach wyciągniętych żywcem z podręczników do prawa czy politologii, a nawet wiedzy o społeczeństwie. I nie da się tym głosom zaprzeczyć. Przez to właśnie teoretyzowanie dialogi znacząco tracą na wiarygodności. Nie mogę jednak nie zauważyć jednego faktu. Ilu wśród czytelników Mroza jest osób, które znają teorię politologii, którzy posiadają szeroki zakres wiedzy o konstytucji i którzy potrafią wyjaśnić wszystkie te typowo prawne sformułowania? Kto tak naprawdę wiedział przed lekturą tej powieści czym w istocie jest większość bezwzględna? Właśnie... Remigiusz Mróz miejscami encyklopedyzuje, ale robi to po to, aby jego książka była zrozumiana przez szersze grono odbiorców. Bez czytania jej z Wikipedią pod ręką.

Ludzie zapomną, co powiedziałeś. Ludzie zapomną, co zrobiłeś. Ale nigdy nie zapomną, jak się dzięki tobie poczuli.

To, co zdecydowanie mi się w Większości bezwzględnej nie podobało, to relacja Patryka Hauera i jego żony Mileny. Poważnie, mdliło mnie już od opisów tego, jacy oni są niezwykli, jacy nietuzinkowi, jak bardzo inni od wszystkich innych. W pierwszej części relacja ta była dla mnie czymś intrygującym. W drugim tomie stała się czym nader irytującym. Tej hauerowej sztampowej oryginalności było dużo za dużo. 

Mimo wszystko uważam, że Większość bezwzględna to popis pisarskich możliwości Remigiusza Mroza. To dowód na to, że jego wyobraźnia pracuje na najwyższych obrotach, a dodatkowo potrafi być tak bardzo blisko rzeczywistości. Remigiusz Mróz pozostaje aktualnym i bystrym obserwatorem otaczającego świata, wyciąga z niego to, co najciekawsze i na kanwie obecnych problemów snuje swoje opowieści (i jest to cecha charakterystyczna większości książek Mroza). Jak dla mnie Mróz w szczytowej formie. 

A ja czekam na Władzę Absolutną, jak dziecko na pierwszą gwiazdkę. 

Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Większość bezwzględna
Seria: W kręgach władzy
Tom: II
Strony: 496
Wydawnictwo: FILIA
Moja ocena: 7+/10
0
Podziel się

Kogo nie pociągają spacery po plaży, szum morza i wiatr we włosach? Kto nie lubi usiąść na piasku i podziwiać zachodzącego słońca, wpatrując się w miejsce, w którym niebo spotyka się z wodą? Może ktoś, kto któregoś poranka odnalazł trupa? Choć nie, Madzi Garstce nawet tajemniczy denat odbijający się od falochronu nie zepsuł tej przyjemności.

Magdalena Garstka, po skończonych studiach, postanawia wrócić do rodzinnej Ustki, nie mając dalszych planów na swoje życie. Podejmuje pracę w rodzinnym pensjonacie kierowanym przez babcię Marię oraz w kawiarni Vincent. Pewnego poranka, podczas swoich codziennych spacerów po plaży, dokonuje niecodziennego znaleziska. Zauważa bowiem mężczyznę bezwładnie niesionego falami. Diagnoza jest jednoznaczna – trup. Madzia postanawia powiadomić więc odpowiednie służby, jednak na własną rękę także rozpoczyna swoje śledztwo. Tym bardziej, że ów denat okazuje się być zaginionym gościem pensjonatu Garstków... 


Madzia, ciekawski, domorosły detektyw, podąża za tropami, odtwarzając ostatnie kroki tajemniczego trupa i robi to, oczywiście, lepiej niż policja. Jednak tajemnica pływającego ciała to tylko początek. Jej śledztwo odkryje przede wszystkim rodzinne tajemnice, o których do tej pory każdy bał się mówić głośno. 

Madzia Garstka to bohaterka, której po prostu nie da się nie lubić – typowa przedstawicielka współczesnego pokolenia, z ciętym językiem, poczuciem humoru, głową na karku i brakiem pomysłu na swoje życie. To właśnie jej osoba sprawia, że nie da się także nie lubić całej powieści. Ta z kolei nie pozwala się od siebie oderwać, kusząc pięknymi opisami usteckiej przyrody, wiszącymi w powietrzu tajemnicami i ciepłym rodzinnym klimatem. Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to pełna humoru, ciepła i wzruszeń, lecz także podszyta tragediami i bólem, opowieść o rodzinnych więziach, o szukaniu swojego miejsca na ziemi, o tym, co tak ważne, a tak skrzętnie ukrywane. 

Dawno nie miałam tak, żebym przeczytała książkę w ciągu jednego dnia. Trup na plaży... pochłonął mnie jednak tak bardzo, że wprost nie mogłam się od niej oderwać (oczywiście nie bez zasługi Pokurcza, który przez cały dzień, jak aniołek, bawił się na kocu swoimi zabawkami :D). I choć bawiłam się wybornie z Madzią Garstką w Ustce, czegoś mi w tej powieści zabrakło. Nie fabularnie, na pewno nie. Są to raczej braki z gatunku tych językowych. Tak, jestem fanką prostoty, jestem fanką potocznego języka, w książkach, które tego wymagają, jednak u Jadowskiej to wszystko było zbyt proste, lekko za mocno infantylne. Niektóre dialogi brzmiały nienaturalnie, przez co gubił się gdzieś zawarty w nich żart. 

Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to pierwsza z gatunku kryminału powieść Anety Jadowskiej uważanej za królową polskiego urban fantasy (nie do końca mój gatunek, więc było to moje pierwsze spotkanie z autorką). Pierwsza, ale nie ostatnia, bowiem Jadowska w jednoczęściowe nie umie, zatem Trup na plaży... otwiera niezwykle ciepłą i ciekawie zapowiadającą się serię o Garstce z Ustki. I ja po kolejne części z pewnością i wielką ochotą sięgnę. 

Podsumowanie:
Autor: Aneta Jadowska
Tytuł: Trup na plaży i inne sekrety rodzinne
Strony: 301
Wydawnictwo: SQN
Moja ocena: 6/10
0
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • Są inne Annapurny w życiu człowieka – „Annapurna” [recenzja]
    Ach, jak ja kocham góry! Trampeczki, plecaczek i jazda! Na koniec grzaniec luz zimne piwo – w zależności od pory roku. Choć góry wolę ...
  • Tajemnica pomidorowego sosu i włoskiej mafii – „Miłość, szkielet i spaghetti” [recenzja]
    Gdy zabieram się za czytanie czegoś, co ktoś wcześniej określił mianem komedii, zwykle kończy się to rozczarowaniem, zażenowaniem i obi...
  • Życie to dla nas wieczne wczoraj – „Nostalgia Anioła” [recenzja]
    Wizje życia po śmierci, nieba i piekła są motywem w literaturze popularnym. Pisarze (ale nie tylko) często starają się znaleźć alternaty...
  • Plagiat, którego nie było. Czy naprawdę jestem „złodziejem nieumiejącym samodzielnie myśleć”?
    Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyk...
  • 22. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie [relacja]
    Ach, co to były za Targi... Trzeci raz już miałam możliwość uczestniczenia w Krakowskich Targach Książki i nie przesadzę, jeżeli powie...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates