białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje


Uwielbiam to radosne oczekiwanie na przesyłkę z nową książką. Na Sprawę Salzmanna oczekiwałam równie radośnie. Aż w końcu w moich drzwiach pojawił się listonosz, a ja jeszcze radośniej rozrywałam paczkę. Wyciągam, wącham, podziwiam czcionkę i papier – standard. I już po spojrzeniu na pierwszą stronę serce na chwilę mi zamarło. Dialogi w gwarze śląskiej. Na dodatek zapisane w śląskiej transkrypcji! No to, ku**a, męczarnia – pomyślałam zrozpaczona. Jak mogłam pominąć tak istotny szczegół?! 

Cóż… pewnego popołudnia siadłam do czytania uzbrojona w słownik. I, proszę Państwa, siedziałam dopóki nie skończyłam! 

Georg Salzmann, właściciel zadłużonej restauracji U Mally'ego, nie żyje. Policja wyjątkowo szybko zamyka śledztwo, orzekając samobójstwo. Jednak sprawa nie jest zamknięta dla Adolfa Jendryska – radcy prawnego reprezentującego wierzycieli Salzmanna. Tymczasem w restauracji dochodzi do serii tajemniczych kradzieży. Adolf ma przeczucie, że mają one coś wspólnego ze śmiercią Georga, więc staje się detektywem-amatorem i na własną rękę rozpoczyna śledztwo. Śledztwo, którego finał zaskoczy wszystkich. 

Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było to kryminał retro, którego akcja dzieje się w latach 30. XX w na Górnym Śląsku, a konkretnie w Świętochłowicach. Monika Kassner świetnie oddała klimat międzywojennych przemian gospodarczych i społecznych nastrojów panujących na autonomicznym Śląsku. Opisy budynków, ulic i kamienic są bardzo plastyczne. A do tego te dialogi w śląskiej gwarze! Wszystko to pozwala nam przenieść się na ten „Śląsk, którego już nie ma”. 

To, co najbardziej urzekło mnie w tej książce to sama narracja. Toczy się dość leniwie, powoli, a mimo wszystko pełna jest emocji i oczekiwania. Sposób opowiadania tej historii idealnie odzwierciedla, jak wyglądało wtedy życie – żadnego wyścigu i codziennej bieganiny. Ten kontrast ze współczesnym światem ze Sprawy Salzmanna wręcz emanuje.

Zachwyciła mnie również konstrukcja fabuły – nietuzinkowa i niecodzienna, jeżeli chodzi o kryminały. Nie ma wciąż nawarstwiających się pytań i akcji pędzącej na złamanie karku do wielkiego kulminacyjnego momentu. I bynajmniej nie jest to wada. Struktura idealnie współgra z narracją, sprawiając, że Sprawa Salzmanna to kryminał niebanalny i wyjątkowy. Brak tego wielkiego klasycznego „bum!” na końcu nie sprawia, że finał rozczarowuje. Co to, to nie! Zakończenie zaskakuje, powoduje wytrzeszcz oczu i wewnętrzny krzyk: ale jak to? Przecież to nie może tak się skończyć. I na szczęście tak się nie skończy, bowiem autorka już zapowiedziała kontynuację, na którą będę niecierpliwie czekać.

Jeżeli lubicie kryminały, ale szukacie czegoś innego, oryginalnego i zaskakującego nie tylko historią, musicie sięgnąć po Sprawę Salzmanna. I nie zrażajcie się tymi dialogami w gwarze śląskiej. Po kilku stronach wszystko czyta się płynnie, a i słownik nie jest potrzebny. Naprawdę! Dowodem tego jest fakt, że przeczytałam tę książkę w jeden wieczór. 

Podsumowanie:
Autor: Monika Kassner 
Tytuł: Sprawa Salzmanna. Trup, którego nie było
Strony: 179
Wydawnictwo: Silesia Progress
Moja ocena: 7/10


Książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Kategoria: regionalne klimaty. 
0
Podziel się
*Witam. Proszę mi wybaczyć śmiałość. Bo widzę że czyta Pani dziecku książki i na siłe chce mu Pani ksiazki zaszczepic. Chcialbym się Pani zapytać czy nie boi się Pani że syn bedzie pozniej opozniony w stosunku do swoich kolegow z przedszkola? bo teraz to sie raczej powinno dzieci uczyc technologi informatyki i takich rzeczy ktore sa potrzebne. z czytania przeciez pieniedzy miec nie bedzie. mam racje? Prosze nie odbierać tej wiadomości jako atak. Pytam z ciekawosci czystej co pani na to odpowie mi. Pozdrawiam, Witek**

* pisownia oryginalna
** imię zmienione na życzenie autora wiadomości

Zbladłam. Zdębiałam. Aż w końcu zaczęłam się śmiać. I śmiałam się długo za długo, choć sytuacja śmieszna nie jest. Proszę Państwa! To jest sytuacja tragiczna! Może powinnam dawać Pokurczowi jakieś książki o robotyce i programowaniu, żeby nie był w przedszkolu opóźniony? Na początku nie wiedziałam nawet, co odpisać i czy w ogóle odpisywać. Ale, na litość boską, ktoś tego człowieka musi uświadomić! I podejrzewam, że nie tylko jego.

Tablet jak narkotyk 

Podanie dziecku tabletu czy smartphone'a może nas uratować w kilku sytuacjach. Nie mówię, że nie. Możemy skutecznie zająć dziecko w czasie podróży czy w przychodni lekarskiej. Stworzono też mnóstwo aplikacji dla najmłodszych, które pomagają uczyć się literek, piosenek, cyferek. Dwie pieczenie na jednym ogniu, co nie? Dziecko siedzi cicho, a dodatkowo czegoś się może nauczyć. Owszem. Nie zaprzeczę, że tak jest, bo sama święta nie jestem i niejednokrotnie zajmowałam swojego brzdąca tego typu rozrywkami, żeby w spokoju pokroić ziemniaki czy zwyczajnie zjeść ciepły posiłek. Ale, drodzy rodzice, wszystko w granicach rozsądku! Tego typu urządzenia nie tylko mogą spowodować silne uzależnienie, które przecież przydarza się także dorosłym, ale także, jak ostrzegają specjaliści, zaburza rozwój dziecka! W żadną stronę nie należy jednak przesadzać. Nie ma konieczności chowania elektronicznych gadżetów tak skutecznie, jak butelki z Domestosem. Trzeba jednak nauczyć dziecko korzystać z takich urządzeń mądrze, ściśle kontrolować czas zabawy z tabletem i POŚWIĘCAĆ SWOJEMU DZIECKU JAK NAJWIĘCEJ CZASU!

Po raz kolejny odniosę się w poście do naukowców, którzy zajmują się badaniem różnych zachowań i zjawisk. Tacy oto uczeni sprawdzili, zbadali i udowodnili, że  używanie przez dzieci tabletów, smartphone'ów czy konsoli działa na korę mózgową dokładnie tak samo jak... KOKAINA! Nadmiar produkowanej w dopaminy (hormonu szczęścia) powoduje później ataki agresji, płacz i niekontrolowaną, ponadprzeciętną złość, gdy zabierzemy dziecku gadżet. Dłuższe uzależnienie od elektroniki może spowodować agresję, nerwice, stany lękowe, a nawet depresję i stany psychotyczne.

Ale to nie wszystko. Skurcz akomodacyjny, zmęczenie oczu, bóle głowy, nasilenie krótkowzroczności – naprawdę chcecie fundować to wszystko swoim pociechom w zamian za dwie godziny spokoju każdego dnia?
Ja chyba jednak wolę, żeby moje dziecko było „opóźnione”.

Nie tylko książki

Zdjęcie archiwalne <3 
Jestem matą czytającą. Jestem matką książki pożerającą (w miarę możliwości). Dlatego właśnie
swojemu dziecku tę miłość próbuję zaszczepić. I nie wygląda to tak, że katuję syna, zmuszając go do oglądania książeczek czy słuchania, gdy próbuję mu czytać. Nie! Gdy ma ochotę budować z klocków, siadam i buduję z klocków. Gdy chce iść na dwór, ubieramy się (koszmar!) i idziemy na dwór. Wierzę w to, że Dexter (w większości przypadków) sam wie, czego mu potrzeba, żeby się poprawnie rozwijać i dobrze bawić.
Nasz wieczorny rytuał po kąpieli obejmuje czytanie krótkiej bajki. Czasem dwóch, gdy ma ochotę. Czasem żadnej, gdy ochoty nie ma. Ale serce mi rośnie, gdy podaję mu butelkę z mlekiem, a on wyciąga po nią rączki i pokazuje na książkę z bajkami. Wtedy wiem, że robię to dobrze.
W następnym poście napiszę Wam, jakie są zalety czytania dzieciom i jakie korzyści z tego płyną. I wiem, że każdy rodzic, który swojemu dziecku chce zaszczepić swoją pasję, mógłby także napisać taki post – o zaletach aktywności fizycznej, o zaletach zdrowego odżywiania, o zaletach układania puzzli, o zaletach grania w gry planszowe, o zaletach artterapii. Ja wiem, ja żadnej z tych zalet nie neguję. Ba! Sama wiem, że wszystkie te czynności są bardzo ważne i dobre dla naszych pociech, więc staram się dozować swojemu synowi po trochu wszystkiego. Jest to jednak blog o książkach, dlatego o książkach piszę, a w tym poście chodzi mi o przekazanie Wam, że nic nie zastąpi dziecku czasu i miłości, które Wy jako rodzice powinniście mu poświęcać. 

Póki co postarajcie się ograniczyć kontakt Waszych dzieci z technologią i cyfrową kokainą. W zamian za to poświęćcie im więcej czasu i róbcie z nimi to, co najbardziej lubicie razem robić. Obiecuję Wam, że Wasze dzieci nie będą przez to opóźnione, a każda minuta, którą im poświęcicie zwróci się z nawiązką!

Oryginalna wiadomość zacytowana w poście za zgodą autora. 
0
Podziel się

Wizje życia po śmierci, nieba i piekła są motywem w literaturze popularnym. Pisarze (ale nie tylko) często starają się znaleźć alternatywną odpowiedź na odwieczne pytanie „co się z nami stanie, gdy umrzemy”? Alice Sebold w swojej książce także snuje wizję nieba. I choć samo wyobrażenie tego Nieba i Pomiędzy bardzo przypadło mi do gustu, to Nostalgia Anioła niesamowicie mnie rozczarowała.

Nostalgia Anioła to książka z wyjątkowo niewykorzystanym potencjałem. O ile sama historia nie jest miałka, o tyle realizacja już tak. Tak wiele w tej książce było rzeczy niepotrzebnych, tak wiele zabrakło, a w niektórych momentach wręcz łapałam się za głowę z niedowierzania, pytając się w duchu (a czasem także poza duchem): „Serio? To nie jest kpina?”

Zaledwie 14 lat. Tylko tyle było dane przeżyć Susie Salmon na tym świecie. Po brutalnym gwałcie i morderstwie przenosi się do Nieba. Jednak nie do tego ostatecznego Nieba, tylko do Pomiędzy, skąd obserwuje swoją rodzinę, przyjaciół i swojego mordercę. Obserwuje, jak toczy się ich życie po jej śmierci, tęskni za nimi i cierpi, że nie może im pomóc. A przecież ona wie…

!!Uwaga, spoiler!!
Właśnie. Ona wie. Obserwuje to życie na Ziemi przez około 10 lat. Wie, że jej ciało nie zostało odnalezione, wie, że jej oprawca zbiegł i wie, gdzie on jest. A jednak, kiedy dostaje szansę i na krótką chwilę może wrócić na Ziemię, nie zamierza pomóc, nie zamierza naprowadzić nikogo na swoje ciało, na swojego mordercę. Wraca na Ziemię i… stwierdza, że w tej sytuacji najlepsze, co może zrobić, to uprawiać seks ze swoją szkolną miłością! Poważnie?! To był gwóźdź do trumny tej historii.

Na początku akcja powieści jest wartka i trzymająca w napięciu. Po kilku stronach jednak emocje opadają i nie mają zamiaru znów się wznieść. Momentami bywało wręcz nudno, a czytanie zaczęło mi się dłużyć. Pytałam swojego małżonka (który historię zna i lubi), czy ta książka w ogóle dokądś zmierza. „Oczywiście, czytaj!”. Poważnie?! Własnie do tego zmierzała?!

I może to nie jest w tej książce najważniejsze. Może już wcześniej pojawiły się momenty, decyzje bohaterów, które wydawały mi się kompletnie bez sensu. Jednak ta sytuacja stała się przysłowiową wisienką na torcie mojego rozczarowania i zażenowania.
!!Koniec spoilera!! 

Uwielbiam takie książki, w których historia po prostu płynie, w których możemy obserwować życie. Uwielbiam książki o relacjach rodzinnych, o rozczarowaniu ludzkim losem. Ale historyjki opowiadane z zaświatów przez Susie w pewnym momencie zaczynają być miałkie. W wielu miejscach brakło zwykłych związków przyczynowo-skutkowych. Aż ciśnie się na usta powiedzenie, że zabrakło tutaj sensu.

Nie mogę jednak zaprzeczyć, że Nostalgia Anioła napisana została pięknym, subtelnie poetyckim językiem – zwykłym, prostym i zwyczajnie autentycznym językiem nastolatki. I choć jest to bez wątpienia zaleta ogromna, to ten fakt nie jest w stanie zagłuszyć niesmaku, jaki pozostawiła po sobie fabuła.

Nie pierwszy raz spotykam się z sytuacją, w której książka wielbiona przez tłumy, mi zwyczajnie się nie podobała. Może ze mną jest coś nie tak, może nie do końca jest to moja tematyka. Bo gdzieś z tyłu mojej głowy jakiś głosik wciąż mi powtarza, że nie wystarczy tragedia, która spotka dziecko, żebym tę historię kupiła

Podsumowanie:
Autor: Alice Sebold
Tytuł: Nostalgia Anioła
Tłumacznie: Hanna Szajowska
Strony: 366
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 5/10

Kolejna, ostatnia już w styczniu, książka przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Ciekawa jestem, jakie rewelacje Zuzanna szykuje nam na luty…


0
Podziel się

Gdy zabieram się za czytanie czegoś, co ktoś wcześniej określił mianem komedii, zwykle kończy się to rozczarowaniem, zażenowaniem i obietnicą, że już nigdy, przenigdy nie sięgnę po żadną książkę, której autor wymyślił sobie, że mnie rozśmieszy. Nie rozśmieszy. Zwykle. A tu taka Zuzanna, z takiego bloga Książki Sardegny, wymyśla sobie takie wyzwanie i „każe” mi czytać nic innego, jak… komedię kryminalną! Przeczytałam. Z radością i niesłabnącym śmiechem na ustach przedstawiam więc Martę Obuch, która sobie wymyśliła, że mnie rozśmieszy. Rozśmieszyła. Bezbłędnie! 

Muszę przyznać, że Miłość, szkielet i spaghetti zalegało na mojej półce ładnych parę lat. Upolowałam tę książkę w jakimś antykwariacie i przygarnęłam dlatego, że w tytule było spaghetti. Później dopiero dotarło do mnie, że to komedia, więc odłożyłam ją na swój stos hańby, gdzie wygodnie się kurzyła. Aż wstyd, że tak długo… Całe szczęście, że nie oddałam jej na jakąś książkową wymianę! Cóż to byłaby za strata! Miłość, szkielet i spaghetti już nigdy kurzyć się nie będzie, a Marta Obuch oficjalnie została przyjęta w (nieliczne, bo trzyosobowe) grono pisarzy, którzy skutecznie mnie bawią (do kupy z Martą Kisiel i Anetą Jadowską).

Z jasnogórskiej wieży spada trup, czego świadkiem staje się Ewelina. Jej siostra Dorota tymczasem, chcąc jak najszybciej wynieść się z rodzinnego domu, podejmuje pracę u boskiego, włoskiego biznesmena, którym ma się opiekować. Szybko okazuje się, że ma także wcielić się w rolę kucharki. Gorzej być nie może, bowiem Dorotka, choć piękna i bystra, do gotowania nadaje się tak, jak widelec do rosołu. Z pracy nie zamierza jednak rezygnować, dlatego stawia całą rodzinę w stan gotowości, wpuszcza ją przez okno do kuchni i zajmując się pielęgnacją swojej osoby, obserwuje pracę wiecznie awanturujących się kucharek. Trzecia z sióstr – psychoterapeutka Julka – wbrew sobie, bierze pod swoje skrzydła nowego pacjenta Piotrusia. W tym samym czasie prace wykopaliskowe pod murami Jasnej Góry natrafiają na bardzo stary szkielet, który wkrótce zostaje skradziony. Nie można zaprzeczyć, że wszystkie te wydarzenia w jakiś sposób muszą być ze sobą powiązane, a trop jednoznacznie prowadzi do… sympatycznych Włochów, którzy w rzeczywistości wcale sympatyczni nie są. Może być lepiej? 

Oczywiście, że może! Miłość, szkielet i spaghetti to wariacja wokół Kodu Leonarda da Vinci Dana Browna i Ojca Chrzestnego Mario Puzo, wzorowo okraszona humorem niebanalnym. Pełnokrwiste postaci wciąż wikłają się w zabawne afery, śmieszne sytuacje, które same w sobie już tworzą komizm. I nie ma tu nic na siłę, nic naciąganego. Wszystko dzieje się w niewymuszony sposób, a absurdalne sytuacje, które po sobie następują, łączą związki przyczynowo-skutkowe (tego właśnie zwykle w komediach mi brakuje). Wisienką na torcie są błyskotliwe dialogi, bezpretensjonalnie proste i równie naturalne, co wielobarwni bohaterowie, którzy słowem mówionym operują. 

Miłość, szkielet i spaghetti zawiera w sobie wszystkie elementy, które powinny znaleźć się z dobrej komedii kryminalnej – zaczynając od mafijnej intrygi i detektywistycznych zagadek, poprzez popapranych bohaterów i wartką akcję, a na prostolinijnym, swobodnym humorze kończąc. Dla mnie gratką było też osadzenie wydarzeń w bliskiej mi Częstochowie, którą znam bardzo dobrze, w której kilka lat mieszkałam, studiowałam i pracowałam. Nie musiałam imaginować sobie miejsc, ulic i blokowisk, ponieważ większość z nich wielokrotnie zwiedziłam, w niektórych byłam stałym bywalcem. 

Jednak ta książka nie jest niestety pozbawiona wad. I największą z nich, tą, która po prostu boli mnie w oczy, jest… okładka. Choć książek po okładce oceniać się nie powinno, uważam, że ta książka zwyczajnie zasługuje na to, żeby została zauważona. Bo nie oszukujmy się, że piękne czy intrygujące oprawy graficzne niejednokrotnie przekonały nas do zakupu jakiegoś tytułu. I dyby nie ten makaron w tytule, pewnie sama nie zwróciłabym na nią uwagi. Kolejną rzeczą jest maniakalne wręcz nadużywanie przez autorkę słowa „bynajmniej”. Z początku nawet próbowałam liczyć, jak często ten wyraz się pojawia, jednak akcja mnie pochłonęła i straciłam rachubę. W tym przypadku więc wada została częściowo zagłuszona przez bezsprzeczną zaletę. 

Miłość, szkielet i spaghetti to świetna książka na długie, zimowe wieczory. To petarda dobrego humoru i ciekawej akcji, która wciąga. To nietuzinkowe postaci, które kocha się od pierwszych wersów. To po prostu świetnie skonstruowana i napisana historia, która na pewno poprawi Wam humor! 

Podsumowanie:
Autor: Marta Obuch
Tytuł: Miłość, szkielet i spaghetti
Strony: 333
Wydawnictwo: SOL
Moja ocena: 7/10

Druga z trzech książek przeczytana w ramach wyzwania „Trójka e-pik” organizowanego na blogu Książki Sardegny. Polecam wszystkim, bo dzięki temu wyzwaniu można poznać naprawdę fajne książki, po które normalnie by się nie sięgnęło! 


0
Podziel się

Kolejny miesiąc, a więc kolejny (już drugi mój!) post tematyczny Śląskich Blogerów Książkowych. A temat dzisiejszego posta bardzo wdzięczny i przyjemny. Książka papierowa, e-book i audiobook, czyli tematy, które wciąż dzielą moli książkowych, powodując liczne, zupełnie niepotrzebne, kłótnie. Bo co to za różnica, jak czytamy i czy słuchanie audiobooka to czytanie, czy nie czytanie? Jest to całkowicie bez znaczenia. Ważne, że czytamy, że poszerzamy horyzonty, że o książce możemy porozmawiać niezależnie od tego, czy ją przeczytaliśmy, czy wysłuchaliśmy. 

Ja się przyznam szczerze, że audiobooków nie lubię i nie słucham. Nie z powodów ideologicznych, w żadnym wypadku! Najzwyczajniej w świecie nie umiem się skupić, jak ktoś mi coś czyta. Ja jestem wzrokowcem. Ja muszę mieć literki przed oczyma. Inaczej po pięciu minutach wzmożonego wysiłku nad skupianiem uwagi… kompletnie nic nie wiem, nie pamiętam. Ach, jakże ja bym chciała umieć słuchać audiobooków. Jakiś cudowny głos czytałby mi książkę, podczas gdy ja oddawałabym się w pełni przyjemności płynącej z obierania ziemniaków, wieszania prania, mycia podłogi czy budowania pociągu z klocków po raz enty tego dnia… Ale nie umiem. Takie moje małe upośledzenie (nie jedyne!). 

Jestem za to ogromną fanką czytników i e-booków. Mój mąż często powtarza mi, że każdy szanujący się miłośnik książek uzna takie czytanie za profanację. Ale co on tam wie, jak z nosem w konsoli siedzi? Nic. A ja wiem! Wiem na przykład, że czytając e-booka, mogę sobie śmiało chrupać serowe chrupki. Mogę też jeść kanapki, pizzę, cukierki czy rosół. Jeść przy czytaniu uwielbiam, ale ktoś mi kiedyś do głowy wbił (bardzo skutecznie!), że nad książkami się nie je. Więc nie jadłam. Dopóki nie zostałam szczęśliwą posiadaczką Kindle'a. Hulaj dusza, piekła nie ma! 

Albo wyobraźcie sobie taką sytuację (choć żadna mama wyobrażać sobie tego nie musi): lato, piękna pogoda, słoneczko przygrzewa przyjemnie, więc… (oczywiście!) plac zabaw! Brzdąc podekscytowany niczym na Gwiazdkę, a ja rozpoczynam pakowanie. Soczek, buteleczka, chrupki jakieś, pampersik na wszelki wypadek, pieluszka, chusteczki nawilżane, łopatki i inne niezbędne w piaskownicy sprzęty. Wiecie, jak jest. Torba pęka w szwach, a chciałoby się jeszcze wcisnąć książkę. Może się uda, może się nie uda, ale załóżmy, że się udało. Idziecie na ten plac zabaw i uciech, brzdąc zajmuje się już konsumpcją piasku i zwykłymi dziecięcymi czynnościami w towarzystwie innych brzdąców radosnych. Chwila dla siebie. Wygrzebujecie tę książkę, otwieracie i… po minucie łzawią Wam oczy, bo słońce odbija się od białych stronic, przyjemny wiaterek szarpie kartki, doprowadzając Was na skraj nerwicy z oczopląsem. Wiem, jak jest, byłam tam. Ale czytnik spokojnie ładuję sobie do swojej małej torebeczki, do której mieści się jeszcze tylko portfel oraz klucze i żaden wiatr mi nie straszny, i żadne słońce też! 

I jeszcze rzecz podstawowa. Wybierając się na wakacje, nie muszę się ograniczać w wyborze tytułów. Biorę wszystko, co chcę, nie zajmując potrzebnego w walizce miejsca i nie narażając się na dźwiganie ciężarów lub ewentualne wysłuchiwanie od dźwigającego męża: na cholerę żeś tyle tych książek nabrała?! I tak pewnie nie będziesz miała czasu żeby czytać! Tak, pewnie nie będę miała… Ale to już inna historia.

Mieszkam na wsi, choć podobno to miasto jest. Słabo trochę widzę tę terminologię, biorąc pod uwagę, że ów „miasto” nie zostało wyposażone w księgarnię. Chcąc więc kupić sobie książkę, sprawdzam rozkłady jazdy autobusów do Częstochowy, organizuję niańkę dla Pokurcza, a tydzień później, zwarta i gotowa, jadę do metropolii, aby dokonać zakupu. Albo nie. Bo mogę też przecież kupić e-booka przez Internet i w kilka minut mieć go na czytniku. Ot, nowa książka bez stawiania połowy rodziny w stan pełnej gotowości. Fajnie, prawda? 

Czytanie e-booków ma jednak też swoje wady, a najgorszą z nich jest bateria w czytniku (czy innym urządzeniu, na którym czytacie). Fakt, czytniki mają to do siebie, że nie rozładowują się nawet po całodziennym użytkowaniu. Czasem od jednego ładowania do drugiego mija miesiąc. A moja głowa ma to do siebie, że zapomina. O ładowaniu też zapomina. Niejednokrotnie więc zdarzyła mi się sytuacja, w której rozsiadłam się wygodnie w pociągu, otwarłam Kidnle'a i jedyne, co mogłam zobaczyć, to przekreślona bateria, błagająca o posiłek z kabla. Papierowa książka by mi tego nie zrobiła. Nigdy! 

Choć technologiczne udogodnienia w kwestii czytania przyjmuję raczej entuzjastycznie, to jednak papierowa książka w wydaniu klasycznym ma pierwsze miejsce w moim sercu. Nie ma nic lepszego niż wielogodzinne buszowanie w księgarniach i antykwariatach, wąchanie papieru i tuszu, podziwianie okładek i szukanie „tej jednej, jedynej”, którą zabiorę ze sobą do domu, a ona w zamian zabierze mnie na niezwykłą przygodę. Nie ma nic piękniejszego niż poustawiane na regałach i półkach woluminy, które są duszą i sercem mieszkania. Za książką klasyczną można się schować, unikając wzroku natrętnego obserwatora w  miejskim autobusie. Papierową książką można też przyłożyć ewentualnemu osobnikowi o niecnych zamiarach. Papierową książkę można wąchać, kartkować, wąchać, podziwiać, wąchać i tulić. I wdychać zapach drukarni, oczywiście.

Podsumowując, nie ma nic lepszego niż dobra książka. Format nie ma znaczenia. Zgadzacie się ze mną? Co sami preferujecie? Jakie czytanie najczęściej wybieracie? 
Photo by Aliis Sinisalu on Unsplash
0
Podziel się

Ach, jak ja kocham góry! Trampeczki, plecaczek i jazda! Na koniec grzaniec luz zimne piwo – w zależności od pory roku. Choć góry wolę jednak zimą. Relaks, piękne widoki i piesze wycieczki – z tym właśnie kojarzyła mi się ta kraina i żadnej innej wiedzy nie potrzebowałam. Oczywiście wiedziałam, że góry są niebezpieczne, że zabrały ze sobą setki żyć. Nie miałam jednak świadomości, jak to wszystko wygląda naprawdę.

Annapurna to dziesiąty co do wysokości szczyt na Ziemi, ośmiotysięcznik, uważany za najniebezpieczniejszą górę świata. Położona jest w Nepalu pośród masywów górskich piętrzących się po obu stronach doliny rzeki Kali Gandaki. Miejscowi nazywają ją „boginią urodzaju” – z połączenia słów „anna” (pożywienie) i „purna” (wypełniona). 3 czerwca 1950 roku Maurice Herzog oraz Louis Lachenal, ryzykując życiem, po raz pierwszy zdobyli ten szczyt. 

Góry ofiarowały nam swoje piękno, które podziwiamy z dziecięcą prostotą i szanujemy jak mnisi myśl o bóstwie.
Annapurna, ku której poszlibyśmy bez grosza przy duszy, jest dla nas skarbem, którym będziemy żyć...

Annapurna to dokładna relacja Maurice'a Herzoga – kierownika wyprawy – z przygotowań, zdobycia i opuszczenia Annapurny. Nie łatwo czytało mi się tę książkę. Może dlatego, że literatura faktu nie leży w ścisłym kręgu moich czytelniczych zainteresowań, może też dlatego, że nie rozumiałam tych wszystkich specjalistycznych słów i czytać musiałam ze słownikiem. 

Na początku akcja nieco się dłuży. Członkowie francuskiej ekipy (Maurice Herzog, Louis Lachenal, Jean Couzy, Marcel Ichac, Marcel Schatz, Gaston Rebuffat, Lionel Terray, Francis de Noyelle i dr Jacques Outdot) badają teren, rozmawiają i pełni nadziei lub wątpliwości snują odważne plany. Chcą jako pierwsi ludzie zdobyć szczyt Dhaulagiri. Kiedy okazuje się, że jest to niemożliwe, wyruszają na Annapurnę… Mają bardzo mało czasu. Nie mają żadnych dokładnych map, nie mają butli tlenowych. Jedyne co mają, to nadzieja, marzenia, odwaga i zawziętość. Tak… szczególnie tego ostatniego nie można im odmówić. 

Droga na szczyt Annapurny nie jest łatwa, ekipa niejednokrotnie ryzykuje życie. W końcu, po kilku dniach wspinaczki, Herzogowi i Lachenalowi udaje się zdobyć Annapurnę. Jako pierwsi ludzie na świecie stają na tym majestatycznym szczycie, jako pierwsi zdobywają także ośmiotysięcznik. A ja, czytając, miałam wrażenie, że w całej tej relacji, to jest tylko nic nie znacząca wzmianka. Ot, weszliśmy, jest cudownie, schodzimy, musimy schodzić… Kilka następnych akapitów uświadomiło mi, dlaczego.

O ile zdobycie Annapurny nie było łatwe, o tyle to zejście z niej okazało się śmiertelnie niebezpieczne. Kiedy Herzog i Lachenal zaczynają odwrót, rozpoczyna się prawdziwa walka o przetrwanie, walka, która fizycznie odbiera oddech. 

W obliczu śmierci siły ludzkie są niespożyte. Gdy wszystko wydaje się stracone, pozostają jeszcze rezerwy, lecz trzeba siły woli, by ich użyć.

Narracja poprowadzona jest w czasie teraźniejszym, co wzmaga emocje. A nie są to emocje dobre. Rozpacz, zagubienie, ból, cierpienie, brak oddechu, ślepota, odmrożenia i w końcu poddanie. I choć śmierć wciąż depcze bohaterom po piętach, wciąż udaje im się jej wymykać. Nie jest to jednak dziełem przypadku. To dzieło świetnie zgranego zespołu. Bo Annapurna to nie tylko dokładny, rzeczowy opis tamtejszych wydarzeń. Annapurna to opowieść o potędze poświęcenia, o prawdziwej przyjaźni, zrozumieniu. O górach, niebezpieczeństwie, śmierci, marzeniach, szczęściu i pięknie. Annapurna to świadectwo i to świadectwo, którego wcale nie czyta się łatwo – wyciska łzy wzruszenia i sprawia, że naprawdę ciężko jest oddychać. Świadectwo, z którym naprawdę warto się zapoznać. 

Książka wzbogacona została o oryginalne fotografie z wyprawy, które urealniają tę historię niejednokrotnie tak nieprawdopodobną, że wydającą się być literacką fikcją. Jednak każde opisane w niej wydarzenie jest prawdziwe. Czasem łatwo o tym zapomnieć.

Podsumowanie:
Autor: Maurice Herzog
Tytuł: Annapurna
Seria: Dookoła świata
Tłumacznie: Rafał Unrug
Strony: 179
Wydawnictwo: Państwowe Wydawnictwo „Iskry”
Moja ocena: 6/10


Po raz pierwszy w życiu sięgnęłam po książkę z gatunku literatury faktu z własnej woli. W większości z własnej. Annapurnę przeczytałam bowiem w ramach wyzwania „Trójka e-pik”, organizowanego przez Zuzannę z bloga Książki Sardegny. To zdecydowanie najciekawsze wyzwanie książkowe, jakie znalazłam. Bardzo wszystkim polecam! 

0
Podziel się

Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wszystko sprzysięgło się przeciwko niej. 

I tak oto znajdujemy się w XXVI wieku. W czasach, w których ludzie pokonali śmierć. Stało się tak dzięki możliwości transferu świadomości, wspomnień i danych do tzw. „stosów korowych”, które wszczepia się ludziom od razu po urodzeniu. Po śmierci zwyczajnie usuwa się stos z ciała (powłoki) i wszczepia w inne – naturalne bądź syntetyczne, specjalnie zaprojektowane. Oczywiście, prawdziwa śmierć wciąż jest możliwa. Wystarczy za pomocą specjalnej broni stopić stos. Najbogatsi jednak i na to znaleźli sposób.

Takeshi Kovacs to były Emisariusz, który w pewnym sensie zostaje wyciągnięty z więzienia i przeniesiony ze Świata Harlana na Ziemię. Choć w tym uniwersum nie udało się jeszcze pokonać bariery prędkości światła, to szybkie podróże międzyplanetarne stały się możliwe dzięki cyfrowemu przesyłowi świadomości. Na Ziemi Takeshi zostaje „zapakowany” w nową powłokę i otrzymuje specjalne zadanie. Jeden z bogatych, wpływowych i nieśmiertelnych biznesmenów (Matów), Laurens Bancroft, wynajmuje go bowiem, aby rozwikłał zagadkę jego śmierci. Sam twierdzi, że został zamordowany, choć wszyscy dookoła upierają się, że popełnił samobójstwo, a policja szybko zamknęła śledztwo. Prawda okaże się jednak dużo bardziej skomplikowana. Nie ma sensu jednak zagłębiać się w niuanse tej misternie skonstruowanej historii, aby nie odbierać nikomu przyjemności z czytania. 

Debiutujący w 2002 powieścią Modyfikowany Węgiel Richard Morgan stworzył niesamowity, piękny i zarazem przygnębiający obraz przyszłości. Narysował nam świat, którym rządzi pieniądz i nie istnieje coś takiego, jak wartość ludzkiego życia. Liczą się tylko żyjący setki lat, bogaci i wpływowi Maci, których ego urosło do boskiej rangi.  

Życie ludzkie nie ma wartości. Czy po wszystkim, co widziałeś, jeszcze się tego nie nauczyłeś? Samo w sobie nie ma żadnej wartości. Żeby zbudować maszyny, potrzeba pieniędzy. Pieniędzy potrzeba na wydobycie surowców. Ale ludzie? – wydała dźwięk jak przy splunięciu. – Zawsze możesz dostać więcej ludzi. Powielają się jak komórki rakowe, bez względu na to, czy tego chcesz, czy nie. Takeshi, mamy nadmiar ludzi.

Morgan połączył w swojej książce elementy klasycznego kryminału noir z cyberpunkową wizją świata. Nie zabrakło także wątków społecznych i politycznych. Zręcznie lawirując między kilkoma gatunkami, stworzył ujmującą, acz gorzką dystopię, o tyle bardziej przerażającą, że tak prawdopodobną. Ponadto fabuła Modyfikowanego węgla jest niezwykle zwiła, pełna zagadek i pobocznych wątków, z których każdy znajduje swoje zamknięcie w zaskakującym finale.

Atrakcyjności powieści dodają opisy rzeczywistości, neonowych krajobrazów i syntetyczno-naturalnego społeczeństwa. Warto zwrócić uwagę na znaczenie wojujących z ideą modyfikowanego węgla katolikach, dla których „zmartwychwstanie” jest świętokradztwem czy o futurystycznych narkotykach, z których każdy posiada dość osobliwe działanie. I choć świat w Modyfikowanym węglu wręcz emanuje wyuzdanym seksem, wszechobecnymi burdelami i pornografią, same opisy erotycznych aktów wyszły Morganowi całkiem smacznie. Jest to jedna z niewielu książek, w których opisy tego typu scen nie wywołały u mnie zażenowania. 

Modyfikowany węgiel to pierwszy tom cyklu o Takeshim Kovacsu. Apetyt na kolejne części wzmaga fakt, że w pierwszym tomie autor tylko zarysował swoje uniwersum, nie zdradzając wszystkich jego tajemnic. Tym chętniej, jak najszybciej sięgnę po Upadłe Anioły i Zbudzone furie.

Pierwszy raz z własnej, nieprzymuszonej woli sięgnęłam po książkę z gatunku fantastyki naukowej. Do tej pory nie była mi także znana idea cyberpunku, nie licząc oczywiście mojego pierwszego spotkania z Altered Carbon – serialem wyprodukowanym przez platformę Netflix, który zachęcił mnie do sięgnięcia po tę właśnie książkę. Po zapoznaniu się z książką i serialem mogę powiedzieć, że Richard Morgan poza świetnym kawałkiem prozy, stworzył też gotowy do sfilmowania scenariusz. Aż dziwi, że Modyfikowany węgiel musiał na swoją ekranizację czekać aż 16 lat! 

Podsumowanie:
Autor: Richard Morgan
Tytuł: Modyfikowany węgiel
Cykl: Takeshi Kovacs, tom 1
Strony: 523
Wydawnictwo: MAG
Moja ocena: 7/10

Dla wszystkich, którzy już zapoznali się zarówno z książką, jak i z serialem, dodam, że niektóre szczegóły i rozwiązania fabularne bardziej podobały mi się w ekranizacji. Rzadko kiedy zdarza się coś takiego!

Książkę przeczytałam w ramach akcji „Czytam z ŚBK: W święta przeczytam zaległą książkę”. Ta nie zalegała może na moim stosie hańby bardzo długo, ale jej byłam najbardziej ciekawa. 
0
Podziel się

Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka została rzekomo ukradziona >stąd<. Dlaczego piszę o tym dopiero dzisiaj? Ponieważ przez ostatnie kilka dni zajmowałam się zbieraniem różnorodnych opinii na temat tych dwóch tekstów. I już na wstępie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ŻADNEGO PLAGIATU NIE BYŁO!

Autorka, którą rzekomo okradłam, nie zachowała się tak, jak w takich sytuacjach zwyczajne jest się zachować. Zamiast w pierwszej kolejności porozmawiać o tym ze mną prywatnie, od razu informację o plagiacie rozsiała po sieci, na różnych portalach społecznościowych. Na swoim blogu opublikowała też specjalny post o plagiatowaniu, w którym to zostałam publicznie nazwana „złodziejem”. O całej sytuacji dowiedziałam się od osób postronnych. Z komentarzy i publicznych rozmów Pani Karoliny dowiedziałam się także, że „nie umiem samodzielnie myśleć” i pewnie nie jeden mój tekst powstał w taki sposób. I to nie wszystko. Po zapoznaniu się z tą całą awanturą postanowiłam sprawę rozwiązać, jak należy. Skontaktowałam się z Panią Karoliną prywatnie, prosząc o wskazanie mi przekopiowanych fragmentów. Niestety w odpowiedzi dostałam wiadomość, żebym się nie ośmieszała i usunęła recenzję z bloga. Tego robić nie zamierzałam. W ogóle nie zamierzałam z tym nic więcej robić, ale... 

Zacznę może od kilku słów wyjaśnienia. Bloga Pani Karoliny nie znałam, do czasu tej całej sytuacji. Jej recenzji tej książki również. Jest to nie do udowodnienia, ale tak było. Wszelkie podobieństwa do jej tekstu są całkowicie przypadkowe. Powoływanie się na te same dzieła innych autorów wynika z podobnego doświadczenia czytelniczego. To z kolei wynika z faktu, że obie studiowałyśmy filologię polską, a większość z nich, to nic innego, jak lektury. Ot, cała tajemnica. Nic odkrywczego. Żadnego zdania nie ma przekopiowanego na zasadzie „kopiuj-wklej”. A tym bardziej całych akapitów, choć o to też mnie oskarżano. Powtarzające się w obu tekstach stwierdzenie „nie powstydziłby się...”, nie oszukujmy się, jest wyświechtanym frazesem, którego używa się w celu porównania czegoś do czegoś. Wielokrotnie używałam go w swoich recenzjach, użyłam i w tej. Nie miałam pojęcia, że Pani Karolina zrobiła to pierwsza. 

Wszystko rozchodzi się jednak o rzecz najważniejszą, czyli o fakt, że zostałam  publicznie obrażona i znieważona. I na ten aspekt całej tej sytuacji ludzie zwrócili uwagę przede wszystkim.
Wojciech Klęczar (autor zbioru opowiadań Wielopole oraz powieści Flu Game) zapytał mnie: „Po co w ogóle byś miała robić plagiat? Przecież to bez sensu. A Pani Karolina powinna najpierw napisać do Ciebie. Takie są obyczaje.” To pierwsza kwestia, o tym już wspominałam. Po głębszych analizach obu tekstów Wojciech stwierdził m.in.: „Jaki znowu plagiat? Bo napisałaś tak samo, że są opowiadania realistyczne i nierealistyczne i że Poe? To są oczywistości. Sam tak znajomym mówiłem o tej książce”. 

Obie recenzje poddała analizie także Ania – redaktorka i korektorka w firmie, w której pracuję. „Oczywiście nie ma żadnego zdania słowo w słowo, każda z Was ma inny styl pisania. Osobom postronnym ciężko będzie jednak uwierzyć, że macie takie same doświadczenia czytelnicze, czytałyście te same książki”. Kwestię doświadczenia czytelniczego wyjaśniłam wyżej. „Odwoływanie się do tych samych autorów to nie plagiat. Oznacza jedynie tyle, że czytasz dużo, znasz klasyków. A to raczej zaleta niż wada” – dodała Ania. 

O analizę tekstów została także poproszona Agnieszka Jeżyk – doktorantka literatury na Uniwersytecie w Chicago. „Jeżeli nie wchodzimy w strefę kopiowania pomysłów na interpretację, to nie jest to plagiat. Poza tym plagiat jest wtedy, gdy są te same słowa, ale nie zacytowane. To są dwie inne recenzje. Co za bzdura!” – powiedziała Agnieszka. „Jedna i druga ma przezroczysty styl i żadna z tych recenzji nie jest odkrywcza. To są takie poprawnie napisane komunały. Konteksty może wymieniają podobne, ale Sylwia więcej. Te teksty nawet zbudowane są inaczej. To, że dwie osoby piszą o tym, że konstrukcja jest taka, to dobrze dla autora, bo dobrze to skonstruował i jest to jasne.” 

I jeszcze jedna kwestia. Korektą mojej recenzji zajął się Adrian Kyć (takimi rzeczami zajmuje się zawodowo w kilku wydawnictwach), który recenzję Pani Karoliny uważa za najlepszą recenzję Mamy..., jaka jest w Internecie. Kojarzy zatem ten tekst, ostatnimi czasy nawet go sobie „odświeżał”. Czytając moją recenzję, nie skojarzył tych tekstów. To chyba też o czymś świadczy, prawda? „Ja wiem, że Ty czasem używałaś np. podobnych sformułowań na temat jakichś książek, co ja, bo mieliśmy podobne spostrzeżenia, i nawet raz czy dwa o tym luźno rozmawialiśmy (...). Ale skoro jest to nieświadome, to posądzanie o kradzież jest BARDZO krzywdzące” – powiedział mi Adrian. 

Tak, Pani Karolino. Pani zachowanie i Pani słowa były krzywdzące. Już nie chodzi o blog, już nie chodzi o recenzję. Ale Pani insynuacje dotyczyły mnie, jako osoby. We mnie osobiście uderzyły. Jeszcze raz wspomnę o tym, że takich spraw nie załatwia się w ten sposób, że powinna Pani odezwać się do mnie, a nie „wybierać prowokację”, jak sama Pani napisała na Facebooku. Skonsultowałam sprawę również ze znajomą prawniczką, która nie ma wątpliwości co do tego, jak ta sprawa powinna się zakończyć. Zgodnie z artykułem 212 § 1 kodeksu karnego:

§ 1 
Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

§ 2
 Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Nie zamierzam jednak działać w ten sposób, wolę tysięczny raz budować synkowi tira z klocków… i na to spożytkować wolny czas.

Czekam jeszcze na opinię radcy prawnego specjalizującego się w prawie autorskim, ale nie sądzę, żeby opinia ta odbiegała od wszystkich, które do tej pory dostałam. Myślę, że ma Pani już świadomość tego, że żaden plagiat nie miał miejsca,a cała sprawa została wyolbrzymiona. Jeżeli jednak nadal upiera się Pani, że Panią „okradłam”, proszę o skierowanie sprawy na drogę sądową. Jeżeli nie, proszę o usunięcie wszystkich treści, które mnie obrażają oraz wystosowanie publicznych przeprosin. Bo skoro mogła Pani zmieszać mnie publicznie z błotem i bezpodstawnie pomawiać, to i na przeprosiny powinno się tutaj znaleźć miejsce.

I mam nadzieję, że to definitywnie zakończy tę absurdalną sprawę, a imię Białych Mebelków (a także moje nazwisko) zostanie oczyszczone. Nikomu nie życzę podobnych sytuacji. Gdyby jednak coś takiego się zdarzyło, warto zapoznać się z tym podcastem: https://malawielkafirma.pl/jak-nie-krasc-w-internecie/ i zawsze zasięgnąć opinii tych, którzy wiedzą lepiej. 
0
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • Nikt tak naprawdę nie dorasta – „Magiczne Lata” [recenzja]
    Nie śpiesz się do dorosłości. Staraj się pozostać chłopcem tak długo, jak to tylko możliwe, bo gdy raz stracisz moc magii, pozostaniesz...
  • Są inne Annapurny w życiu człowieka – „Annapurna” [recenzja]
    Ach, jak ja kocham góry! Trampeczki, plecaczek i jazda! Na koniec grzaniec luz zimne piwo – w zależności od pory roku. Choć góry wolę ...
  • Niech rozpalą się nasze iskry, niech zapłonie w nich cały świat – „„Iskry Czasoświatu” [recenzja]
    Przyznaję się. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania książki wydanej na zasadzie self-publishing niezwykle się ucieszyłam. I to nie dla...
  • Uczynić życie sztuką – „Kolacja dla Wrony” [recenzja]
    Jonathan Carroll to jeden z tych nielicznych pisarzy, których wprost uwielbiam, których nie czytam, a pochłaniam, których każda kolejna ...
  • Bo miłość bez kochanka jest jak pusta szklanka – „„Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili” [recenzja]
    Lato. Zachód słońca. Nad brzegiem jeziora siedzą sobie dwa pączki. Jeden z nich pali cygaro.  – Wiesz, zapisałem się na studia – mówi....

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates