białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje

Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka została rzekomo ukradziona >stąd<. Dlaczego piszę o tym dopiero dzisiaj? Ponieważ przez ostatnie kilka dni zajmowałam się zbieraniem różnorodnych opinii na temat tych dwóch tekstów. I już na wstępie mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że ŻADNEGO PLAGIATU NIE BYŁO!

Autorka, którą rzekomo okradłam, nie zachowała się tak, jak w takich sytuacjach zwyczajne jest się zachować. Zamiast w pierwszej kolejności porozmawiać o tym ze mną prywatnie, od razu informację o plagiacie rozsiała po sieci, na różnych portalach społecznościowych. Na swoim blogu opublikowała też specjalny post o plagiatowaniu, w którym to zostałam publicznie nazwana „złodziejem”. O całej sytuacji dowiedziałam się od osób postronnych. Z komentarzy i publicznych rozmów Pani Karoliny dowiedziałam się także, że „nie umiem samodzielnie myśleć” i pewnie nie jeden mój tekst powstał w taki sposób. I to nie wszystko. Po zapoznaniu się z tą całą awanturą postanowiłam sprawę rozwiązać, jak należy. Skontaktowałam się z Panią Karoliną prywatnie, prosząc o wskazanie mi przekopiowanych fragmentów. Niestety w odpowiedzi dostałam wiadomość, żebym się nie ośmieszała i usunęła recenzję z bloga. Tego robić nie zamierzałam. W ogóle nie zamierzałam z tym nic więcej robić, ale... 

Zacznę może od kilku słów wyjaśnienia. Bloga Pani Karoliny nie znałam, do czasu tej całej sytuacji. Jej recenzji tej książki również. Jest to nie do udowodnienia, ale tak było. Wszelkie podobieństwa do jej tekstu są całkowicie przypadkowe. Powoływanie się na te same dzieła innych autorów wynika z podobnego doświadczenia czytelniczego. To z kolei wynika z faktu, że obie studiowałyśmy filologię polską, a większość z nich, to nic innego, jak lektury. Ot, cała tajemnica. Nic odkrywczego. Żadnego zdania nie ma przekopiowanego na zasadzie „kopiuj-wklej”. A tym bardziej całych akapitów, choć o to też mnie oskarżano. Powtarzające się w obu tekstach stwierdzenie „nie powstydziłby się...”, nie oszukujmy się, jest wyświechtanym frazesem, którego używa się w celu porównania czegoś do czegoś. Wielokrotnie używałam go w swoich recenzjach, użyłam i w tej. Nie miałam pojęcia, że Pani Karolina zrobiła to pierwsza. 

Wszystko rozchodzi się jednak o rzecz najważniejszą, czyli o fakt, że zostałam  publicznie obrażona i znieważona. I na ten aspekt całej tej sytuacji ludzie zwrócili uwagę przede wszystkim.
Wojciech Klęczar (autor zbioru opowiadań Wielopole oraz powieści Flu Game) zapytał mnie: „Po co w ogóle byś miała robić plagiat? Przecież to bez sensu. A Pani Karolina powinna najpierw napisać do Ciebie. Takie są obyczaje.” To pierwsza kwestia, o tym już wspominałam. Po głębszych analizach obu tekstów Wojciech stwierdził m.in.: „Jaki znowu plagiat? Bo napisałaś tak samo, że są opowiadania realistyczne i nierealistyczne i że Poe? To są oczywistości. Sam tak znajomym mówiłem o tej książce”. 

Obie recenzje poddała analizie także Ania – redaktorka i korektorka w firmie, w której pracuję. „Oczywiście nie ma żadnego zdania słowo w słowo, każda z Was ma inny styl pisania. Osobom postronnym ciężko będzie jednak uwierzyć, że macie takie same doświadczenia czytelnicze, czytałyście te same książki”. Kwestię doświadczenia czytelniczego wyjaśniłam wyżej. „Odwoływanie się do tych samych autorów to nie plagiat. Oznacza jedynie tyle, że czytasz dużo, znasz klasyków. A to raczej zaleta niż wada” – dodała Ania. 

O analizę tekstów została także poproszona Agnieszka Jeżyk – doktorantka literatury na Uniwersytecie w Chicago. „Jeżeli nie wchodzimy w strefę kopiowania pomysłów na interpretację, to nie jest to plagiat. Poza tym plagiat jest wtedy, gdy są te same słowa, ale nie zacytowane. To są dwie inne recenzje. Co za bzdura!” – powiedziała Agnieszka. „Jedna i druga ma przezroczysty styl i żadna z tych recenzji nie jest odkrywcza. To są takie poprawnie napisane komunały. Konteksty może wymieniają podobne, ale Sylwia więcej. Te teksty nawet zbudowane są inaczej. To, że dwie osoby piszą o tym, że konstrukcja jest taka, to dobrze dla autora, bo dobrze to skonstruował i jest to jasne.” 

I jeszcze jedna kwestia. Korektą mojej recenzji zajął się Adrian Kyć (takimi rzeczami zajmuje się zawodowo w kilku wydawnictwach), który recenzję Pani Karoliny uważa za najlepszą recenzję Mamy..., jaka jest w Internecie. Kojarzy zatem ten tekst, ostatnimi czasy nawet go sobie „odświeżał”. Czytając moją recenzję, nie skojarzył tych tekstów. To chyba też o czymś świadczy, prawda? „Ja wiem, że Ty czasem używałaś np. podobnych sformułowań na temat jakichś książek, co ja, bo mieliśmy podobne spostrzeżenia, i nawet raz czy dwa o tym luźno rozmawialiśmy (...). Ale skoro jest to nieświadome, to posądzanie o kradzież jest BARDZO krzywdzące” – powiedział mi Adrian. 

Tak, Pani Karolino. Pani zachowanie i Pani słowa były krzywdzące. Już nie chodzi o blog, już nie chodzi o recenzję. Ale Pani insynuacje dotyczyły mnie, jako osoby. We mnie osobiście uderzyły. Jeszcze raz wspomnę o tym, że takich spraw nie załatwia się w ten sposób, że powinna Pani odezwać się do mnie, a nie „wybierać prowokację”, jak sama Pani napisała na Facebooku. Skonsultowałam sprawę również ze znajomą prawniczką, która nie ma wątpliwości co do tego, jak ta sprawa powinna się zakończyć. Zgodnie z artykułem 212 § 1 kodeksu karnego:

§ 1 
Kto pomawia inną osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną lub jednostkę organizacyjną niemającą osobowości prawnej o takie postępowanie lub właściwości, które mogą poniżyć ją w opinii publicznej lub narazić na utratę zaufania potrzebnego dla danego stanowiska, zawodu lub rodzaju działalności, podlega grzywnie albo karze ograniczenia wolności.

§ 2
 Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 za pomocą środków masowego komunikowania, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Nie zamierzam jednak działać w ten sposób, wolę tysięczny raz budować synkowi tira z klocków… i na to spożytkować wolny czas.

Czekam jeszcze na opinię radcy prawnego specjalizującego się w prawie autorskim, ale nie sądzę, żeby opinia ta odbiegała od wszystkich, które do tej pory dostałam. Myślę, że ma Pani już świadomość tego, że żaden plagiat nie miał miejsca,a cała sprawa została wyolbrzymiona. Jeżeli jednak nadal upiera się Pani, że Panią „okradłam”, proszę o skierowanie sprawy na drogę sądową. Jeżeli nie, proszę o usunięcie wszystkich treści, które mnie obrażają oraz wystosowanie publicznych przeprosin. Bo skoro mogła Pani zmieszać mnie publicznie z błotem i bezpodstawnie pomawiać, to i na przeprosiny powinno się tutaj znaleźć miejsce.

I mam nadzieję, że to definitywnie zakończy tę absurdalną sprawę, a imię Białych Mebelków (a także moje nazwisko) zostanie oczyszczone. Nikomu nie życzę podobnych sytuacji. Gdyby jednak coś takiego się zdarzyło, warto zapoznać się z tym podcastem: https://malawielkafirma.pl/jak-nie-krasc-w-internecie/ i zawsze zasięgnąć opinii tych, którzy wiedzą lepiej. 
0
Podziel się

Znacie to uczucie, gdy po skończeniu książki nie macie ochoty sięgać po żadną inną w obawie, że żadna nie okaże się już tak dobra? Znacie to uczucie, kiedy po zamknięciu książki żałujecie, że ją właśnie przeczytaliście, bo tym samym pozbawiliście się szansy na przeczytanie jej po raz pierwszy? Ja znam, spotkałam się z nim kilka razy. Jednak w przypadku zbioru opowiadań Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka ten żal jest chyba najdotkliwszy… 

Debiut Niemczyka nie jest zwyczajnym debiutem. Nie tego zwykle oczekujemy od debiutantów. Mama umiera w sobotę to dzieło odważne, pełne niesamowitości, symboliki i niedopowiedzeń, które uporczywie drąży mózg. To książka, która jest kompletna. Mnie wystarczyło przeczytać jedno opowiadanie w ciągu dnia. Tylko jedno. Przez cały kolejny dzień myślałam o nim, wracałam do niego, a niektóre opowiadania przeczytałam wielokrotnie. Po każdym czułam się… literacko spełniona. Tak po prostu. 

Zbiór zawiera siedem opowiadań, które podzielić można w dwojaki sposób. Pierwszy z nich sugerują nam układ oraz oprawa graficzna – podział na trzy tematyczne bloki. Ten jednak nie do końca do mnie przemawia. W swoim odczuciu podzieliłabym je raczej na dwie grupy: opowiadania bardziej realistyczne oraz te zawierające wątki magiczne/metafizyczne/niesamowite. W tym podziale możemy zauważyć również wyraźną różnicę w konstrukcji, formie i języku. O ile opowiadania realistyczne są raczej oszczędne w słowach, przemyślane konstrukcyjnie i niemal surowe, o tyle te bardziej fantastyczne zaskakują emfatyczną narracją, poetyką i intertekstualnością. 

Jednym z takich opowiadań jest Gambino (przeczytane przeze mnie trzykrotnie), nafaszerowane wręcz symboliką, metaforyką i mnóstwem tropów, a wszystkie je zrozumieć może chyba tylko sam autor. Tę opowieść o dziwnej relacji tajemniczego, starszego mężczyzny z dzieckiem (które nie jest jego wnukiem) autor skonstruował i napisał tak, aby jak najbardziej skołować czytelnika. Ta historia pozostawia najwięcej niedopowiedzeń ze wszystkich, będąc przez to niemal nie do zrozumienia, a każda kolejna jej lektura zwraca uwagę na inne aspekty. To coś mrocznego, coś niesamowitego i enigmatycznego, co towarzyszy tej osobliwej parze od początku ich wędrówki sprawia, że w to opowiadanie nie da się nie „wsiąknąć”. 

Warto zwrócić także uwagę na Przypadek Brzydala – opowiadanie, którego nie powstydziłby się sam Edgar Allan Poe. W tej historii narracja jest stylizowana na romantyczną prozę i prowadzona przez głównego bohatera – zdeformowanego człowieka, życiem którego rządzi niepohamowana zazdrość o swoją przepiękną żonę. Tutaj również nie zabraknie wielu tropów i nawiązań, chociażby do popularnego w literaturze motywu sobowtóra, Doppelgängera (którego znać możemy m.in. z Twin Peaks, serialu wspomnianego w blurbie). 

Choć opowiadanie Ściana było tym, które wstrząsnęło mną chyba najbardziej – zarówno ze względu na fabułę, jak i jego naprawdę głębokie przesłanie – to Stodołę uważam za najlepsze opowiadanie zbioru i to ono właśnie najbardziej emanuje klimatem Twin Peaks. Ile tutaj jest niepokoju, ile mroku, nadziei, śmierci, marzeń! Ile tutaj jest wszystkiego, co najbardziej lubię – subtelnego ocierania się o realizm magiczny, absurdu, tajemnicy i naprawdę nietuzinkowej narracji, która w jakiś sposób delikatnie dotyka mimetyzmu. To finałowe opowiadanie jest doskonałym (doskonałym!) zamknięciem tego skończonego zbioru.

Jeżeli chodzi o opowiadania realistyczne, niczym nie odstają one od tych fantastycznych. Tytułowa historia szokuje podejściem głównego bohatera do śmierci swojej matki. Nie ma tu miejsca na żal, tęsknotę i żałobę. Jest suche rachowanie i kombinowanie, jak skutecznie dobrać się do pozostawionych przez denatkę pieniędzy, zanim zrobi to reszta rodzeństwa. Brzmi znajomo? Właśnie…
Absurd zawarty w Trupie w piwnicy też zdaje się mieć odzwierciedlenie w codziennym życiu. Pismo urzędowe wysłane do głównego bohatera przez pomyłkę, całkowicie odmienia jego życie, powoduje narastającą w głowie paranoję. Opowiadanie nasuwa na myśl Proces Kafki, a cała sytuacja nieco przypomina tę z Zabicia ciotki Bursy.
Jak my byśmy się zachowali w takich okolicznościach? Czy naprawdę zdarzenia przedstawione przez Niemczyka są takie nieprawdopodobne? Czy może autor chce nam w nieco wyolbrzymiony sposób pokazać, że to jest właśnie codzienność, że tacy jesteśmy? 

Nie można też nie wspomnieć o minimalistycznych, ale jakże wymownych ilustracjach autorstwa Katarzyny Michałkiewicz-Hansen. Oszczędne w formie i treści obrazy są idealnym dopełnieniem historii, wnoszą do nich jeszcze więcej niepokoju. 

Mama umiera w sobotę pokazuje, że Rafał Niemczyk nie jest kolejnym pisarzem, który zamierza zawojować polską scenę literacką jakimiś napompowanymi, wydumanymi i pseudoszokującymi historyjkami. Książka ta pokazuje, że autor jest człowiekiem niezwykle oczytanym i tymi swoimi przeczytanymi książkami jawnie się inspiruje. Jego opowiadania nie są jednak kalką tego, co już znamy. Znane motywy są tutaj tylko kanwą, na której Niemczyk stworzył swoje historie, na której zaznaczył swoją obecność. Intertekstualność w Mamie…, choć jest obszerna, jest całkowicie nienachalna, rzekłabym nawet, że aluzyjna, taktowna. Odnaleźć w niej możemy wspomnianego wcześniej Poego, Andrzeja Bursę, Franza Kafkę, J.L. Borgesa, trochę popkultury. Każdy coś odnajdzie, każdemu gdzieś coś w duszy zagra podczas lektury. I to zagra bardzo przyjemnie.

Takiego kaca jak po Niemczyku nie miałam nawet po sylwestrze. Mama umiera w sobotę szokuje, zmusza do refleksji, pobudza te rzadko poruszane struny podświadomości, których poruszać może się boimy. Jest przy tym zbiorem przenikliwym i owianym tajemnicą, niepokojem, lękiem. Jest zbiorem absolutnie doskonałym.

Podsumowanie:
Autor: Rafał Niemczyk
Tytuł: Mama umiera w sobotę
Ilustracje: Katarzyna Michałkiewicz-Hansen
Strony: 224
Wydawnictwo: Afera
Moja ocena: 11/10

Chciałabym z tego miejsca podziękować Adrianowi za polecenie i pożyczenie mi tej książki. I za korektę recenzji, choć ma poważniejszej roboty pełno. Dziękuję! 
0
Podziel się

Kiedy zauważyłam, że mój Pokurcz naprawdę zainteresowany jest książeczkami, postanowiłam poradzić się tych mądrzejszych i bardziej doświadczonych rodziców, którzy swoim dzieciom czytają i którzy wybór pierwszych lektur mają już za sobą. Odzew był niesamowity. I choć w komentarzach przewijały się różnorodne tytuły i serie dla najmłodszych, bezsprzecznym liderem został Pucio. Na Targach Książki w Krakowie zaopatrzyłam więc swojego brzdąca w dwie pierwsze książeczki z tej serii. Uwierzcie mi na słowo – to były najlepiej wydane pieniądze w moim życiu. 

Zacznijmy może od dość przyziemnej rzeczy, która dla mnie ma znaczenie ogromne. Pucio i jego rodzinka ratują mi poranki. Poważnie! Kiedy chcę jeszcze chwilę pospać, a Pokurcz zdąży się już naładować, sadzam go koło siebie na łóżku, daję mu jedną z tych książeczek i... śpię! Ostatnio zajmował się „czytaniem” przez półtorej godziny! PÓŁTOREJ. GODZINY. Każda mama wie, że półtorej godziny snu rano przy takim maluchu to niemal jak cała noc. Pucio stał się więc moim wiernym towarzyszem poranków, strażnikiem mojego snu i dobrego samopoczucia. (Należy mieć jednak na uwadze, że Pucio to książka całkiem gabarytowa, zatem nadaje się też do budzenia mamy poprzez pacnięcie jej lekturą przez łeb!). Ale to tylko pierwsza z jego zalet. 

Pucio to zabawy logopedyczne dla najmłodszych, stworzone przez Martę Galewską-Kustrę – logopedę i pedagoga dziecięcego, która specjalizuje się w terapii opóźnionego rozwoju mowy i zaburzeń artykulacji dla dzieci. Książeczki te mogą więc być wykorzystywane zarówno do nauki mówienia, jak i w przypadku terapii, kiedy nasz maluch jeszcze nie mówi, a wydaje się, że powinien. Tym bardziej, że autorka zamieściła w książeczkach liczne wskazówki dla rodziców, które mają nam pomóc w zachęcaniu dzieci do powtarzania i nauki nowych słów. Całość została przepięknie zilustrowana przez Joannę Kłos. Obrazki są duże i pełne szczegółów, które na dłuższej przyciągają uwagę dziecka. Co jednak najważniejsze dla mnie, stanowią ciekawą alternatywę dla słodkich ilustracji, którymi zwykle dekoruje się książeczki dla maluchów. Tutaj kolorystyka jest stonowana, realistyczna i pozbawiona zbędnego cukrowania. Może właśnie dlatego tak bardzo podoba się dzieciom i rodzicom? 

Pucio uczy się mówić. Zabawy dźwiękonaśladowcze dla najmłodszych

Książka ta przeznaczona jest dla najmłodszych czytelników. Jak sam tytuł wskazuje, skupia się ona na powtarzaniu dźwięków wydawanych przez zwierzątka, przedmioty i ludzi. Na każdym obrazku obserwujemy Pucia i jego rodzinę w codziennych scenkach, którym towarzyszą znane maluchom dźwięki (hau, miał, dryń-dryń, kap-kap itd.), które umieszczono w odpowiednich miejscach. Dźwięki zapisane są grubą czcionką, aby maluch od najmłodszych lat zapoznawał się z zapisem graficznymi w ten sposób przyswajał pierwsze literki. Ogólnie książeczka uboga jest w tekst, który tak naprawdę jest zbędny, bowiem rodzic sam może opowiadać dziecku, co na obrazku się dzieje. Tym bardziej, że wszystkie te sytuacje maluch zna już z własnego, krótkiego, życiowego doświadczenia. 
Na końcu książki znajduje się także powtórka z poznanych wcześniej dźwięków, która pozwoli nam ocenić, na ile nasz maluch potrafi się skupić i ile zapamiętać. Efekt może naprawdę zadziwić. Mnie zdziwił i wywołał łzy wzruszenia w moich oczach! Pucio uczy się mówić to książka idealna dla rodziców, którzy chcą w naturalny sposób wspierać rozwój mowy dziecka, stymulować jego pamięć i wyobraźnię. 

Pucio mówi pierwsze słowa 

Konstrukcja drugiej książeczki jest równie prosta i przemyślana. Ta skupia się już jednak na pierwszych słowach, które zaczyna wypowiadać przeciętny dwulatek. Zachęca do odpowiedzi na pytania „Kto?”, „Co robi?”, a więc do nazywania czynności i przedmiotów, które pokazane są w zrozumiałych dla dziecka sytuacjach. Pomaga także w samodzielnym budowaniu prostych zdań. Podobnie jak część pierwsza, książeczka Pucio mówi pierwsze słowa zaopatrzona została we wskazówki od autorki dotyczące prawidłowego korzystania z książeczki i jakich błędów unikać. Nie zabrakło również oryginalnych i wyjątkowych ilustracji autorstwa Joanny Kłos. 
Mój Pokurcz co prawda jeszcze mówić nie umie, jednak po kilku tygodniach spędzonych z Pucio uczy się mówić, w drugiej książeczce potrafi odnaleźć i pokazać, że tu jest hał-hał, a tam dryń-dryń i że wszyscy robią am! 

Podsumowanie:
Autor: Marta Galewska-Kustra
Tytuł: Pucio uczy się mówić, Pucio mówi pierwsze słowa
Ilustracje: Joanna Kłos
Dla dzieci: +1
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Moja ocena: 10/10
Ocena Pokurcza: „Mama! Da!”
0
Podziel się

I tak oto rok 2018 dobiegł końca. Był to dla mnie rok niezwykle intensywny i to niekoniecznie literacko. Prawdę mówiąc, był to rok, w którym przeczytałam chyba najmniej książek od wielu, wielu lat. Pewnie ma to związek z tym, że był to pierwszy rok, kiedy na pełen etat pełniłam funkcję mamy i dopiero całkiem niedawno nauczyłam się na tyle zarządzać czasem, aby wrócić do czytania i (w miarę regularnego) prowadzenia bloga. 

W tegorocznym podsumowaniu nie znajdą się informacje dotyczące zeszłorocznych literackich postanowień, bowiem siłą rzeczy niemal żadnego nie udało mi się spełnić. I tak jestem pełna podziwu, że po kilku miesiącach w ogóle coś przeczytałam, udaje mi się nie zasypiać po dwóch stronach i w ogóle, że nie przesypiam każdej, pozwalającej na to chwili. Zapomnijmy więc o tych planach i przejdźmy od razu do kolejnych kategorii ;) 

Największa literacka porażka 

Ja ogólnie mam taką zasadę, że czytam tylko książki dobre, bo na te złe szkoda mi czasu, którego nie mam ostatnio w nadmiarze. Dlatego większość książek na swoim blogu dość wysoko oceniam. Nawet jeżeli już jakąś złą książkę zmęczę, to oszczędzam sobie pisania jej recenzji, bo... patrz wyżej;) W 2018 roku przeczytałam dwie takie książki. I mam wrażenie, że przeczytałam je tylko po to, żebym miała o czym napisać w podsumowaniu. 365 dni przeczytałam, żeby się utwierdzić w przekonaniu, że to gniot, na który szkoda i czasu i pieniędzy. Utwierdziłam się. Nic więcej tutaj dodawać nie trzeba. Jednak po Hashtag Remigiusza Mroza sięgnęłam z nieskrywaną nadzieją na historię pokroju Behawiorysty. Dostałam natomiast książkę, której fabuła naprawdę świetnie się zapowiadała, historia miała potencjał, była wciągająca i zaskakująca, napisana jednak tak, że chyba sama zrobiłabym to lepiej. Ba! Zrobiłby to lepiej niejeden początkujący pisarzyna. Och, jakże boli mnie serce, że Mróz częściej mnie rozczarowuje niż zachwyca. Nieodnaleziona również nie podbiła mojego serca. Dobrze, że przynajmniej seria W kręgach władzy trzyma poziom. 

Najlepsza książka 2018 roku

W tym roku przeczytałam wiele dobrych i świetnych książek. Wybór tej najlepszej okazał się dla mnie na tyle trudny, że nie udało mi się wybrać tej jednej jedynej, więc postanowiłam ogłosić w tym roku dwa najlepsze tytuły. 
Same książki są wielkim zaskoczeniem dla mnie, ponieważ (jak już wielokrotnie wspominałam) nie jestem fanką opowiadań. A tu taki psikus! Oba tytuły to zbiory opowiadań! Mogę zatem z czystym sumieniem powiedzieć, że NIE BYŁAM fanką opowiadań. Teraz już jestem. Czytam ich coraz więcej, kupuję ich coraz więcej. 
Pierwsze Słowo Marty Kisiel to pierwsza odsłona mrocznego Kiśla, który, jak się okazje ma nam do powiedzenia dużo więcej. Nie będę się tutaj rozpisywać i odeślę Was po prostu do recenzji. Albo najlepiej do samej książki. 
Nie odeślę Was natomiast do recenzji Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyka, bo ta jeszcze nie powstała (ale zapewne pojawi się na blogu w przeciągu kilku dni). Odsyłam Was za to całym sercem do tego popieprzonego zbioru opowiadań, który zapewne zostanie w Waszych głowach na bardzo długo. A na recenzję zapraszam wkrótce. Więcej nic nie powiem. 

O tytuł najlepszej książki walczył w tym roku również Rafał Cuprjak ze swoją drugą powieścią Mamusiu, przecież byłam grzeczna. I bardzo długo prowadził. Kisiel z Niemczykiem poczynili jednak takie zamieszanie pod koniec roku, że skutecznie zepchnęli Cuprjaka na miejsce drugie. 

Obok nich, na trzecim miejscu, a więc również na podium znalazł się tym razem Jakub Małecki ze swoim Dygotem. Po zapoznaniu się z dalszą twórczością autora okryłam jednak, że jest on bardzo wtóry i powtarzalny. Czekam więc na kolejną na książkę spod pióra Małeckiego, która zrobi na mnie takie wrażenie, jak właśnie Dygot.  

Obiecujące odkrycia 2018 roku 

A sporo ich było. W gronie pretendentów do grupy moich ulubionych autorów znalazła się w pierwszej kolejności Aneta Jadowska, która skradła moje serce najpierw swoją osobą, a później ciepłą powieścią o trupie z nadmorskiej Ustki. Trup na plaży i inne sekrety rodzinne to moje pierwsze spotkanie z autorką, jednak na pewno nie ostatnie, bowiem już zaopatrzyłam się w inne tytuły spod jej pióra i jak najszybciej zamierzam po nie sięgnąć. 

Drugim pisarzem, którego zamierzam tutaj umieścić jest Wojciech Klęczar, którego druga książka Flu Game będzie dla mnie już zawsze synonimem wychodzenia ze strefy swojego literackiego komfortu, z którego chyba jednak czasem warto wyjść. W najbliższym czasie sięgnę po jego pierwszą książkę Wielopole, która jest, cóż za przypadek, zbiorem opowiadań. Już nie mogę się doczekać i mam nadzieję, że te dwie pozycje nie będą jedynymi w dorobku tegoż autora.

Czytelnicze i blogowe plany na 2019 rok 

Przede wszystkim czytać więcej. Więcej pisać. Pisać też recenzje książek, które mi się nie spodobają. A ku temu będzie więcej okazji, bo biorę udział w wyzwaniu Trójka e-pik organizowanym przez Zuzannę z bloga Książki Sardegny. W każdym miesiącu trzy kategorie i trzy książki. Jest więc duże prawdopodobieństwo, że trafię na takie, które niekoniecznie trafią w mój gust. Będzie się działo! Jest to dla mnie co prawda nie lada wyzwanie, bowiem trzy książki w miesiącu... Mateńko! Kiedy ja znajdę na to czas? Ale przecież po to są wyzwania, żeby podnosić sobie poprzeczkę.

Ponadto zamierzam rozkręcić nowo rozpoczęty cykl Matka Polka Recenzentka, który z jakiś powodów cieszy się niezwykłą popularnością. Pierwszy (i jak do tej pory jedyny) post z tego cyklu >tutaj< był przez Was w ubiegłym roku najczęściej czytanym wpisem. Jestem pod wrażeniem i bardzo się cieszę, że aż tak spodobał Wam się pomysł, który zakiełkował w mojej głowie podczas jednej z porannych (zimnych oczywiście!) kaw.

Planuję również rozpoczęcie jeszcze jednego cyklu, który wydaje mi się o wiele ciekawszy, jednak wymaga on zdecydowanie więcej przygotowań i czasu niż MPR, więc chwilkę jeszcze muszę się z tym wstrzymać.

Zaznaczę jeszcze raz, że od kilku tygodni jestem członkiem Stowarzyszenia Śląscy Blogerzy Książkowi, a więc czeka mnie jeszcze trochę pracy na tym polu. Mam nadzieję, że uda mi się na tyle zorganizować siebie i dziecko, że będę miała dla ŚBKów jak najwięcej czasu.
I to chyba by było na tyle. W ogóle jestem zdziwiona, że podsumowanie to całkowicie zdominowali polscy pisarze. Brakuje tu Kinga, brakuje wielu nazwisk, które często przewijają się na blogu. Rok 2018 ogłaszam więc Rokiem Polskiej Książki.
Słowo i Poezja! 
0
Podziel się
Nie miałam jeszcze okazji się Wam pochwalić, ale od jakiegoś czasu jestem członkiem Stowarzyszenia Śląskich Blogerów Książkowych. W związku z tym, raz w miesiącu (o ile Pokurcz pozwoli) na blogu będą pojawiać się wpisy tematyczne. Ten będzie moim pierwszym. Gdybym miała napisać książkę... 

A do pisania książki przymierzałam się już niejednokrotnie. W szkole co roku brałam udział w Ogólnopolskim Konkursie na Pracę z Literatury. Raz udało mi się wygrać (epistolarne opowiadanie o chłopaku z obozu koncentracyjnego), raz dostałam wyróżnienie (zbiór autobiograficznych anegdot z romantyczną i zabawną fabułą w tle). Traktuje to jako dwa swoje największe sukcesy na scenie literackiej. Nie wiem natomiast, czy kiedykolwiek będzie mi dane napisać swoją książkę. Choć pomysłów miałam już wiele. Jeden nawet opracowany był w każdym, najmniejszym szczególe. Komputer jednak mi się spalił, a zapisany plik przepadł bezpowrotnie… Nauczona doświadczeniem, przy następnym przypływie weny, notatki skrzętnie zanotowałam w swoim CZERWONYM KAJECIE. Pokurcz postanowił mi jednak ten kajet zawinąć, a następnie… zjadł moje opowiadanie. A raczej jego szkielet. Ale zeżarł. Więc chyba nie jest mi dane zostać wielką pisarką. 

Gdybym miała napisać książkę, na pewno ocierałaby się ona o realizm magiczny. Każda bowiem historia, która urodzi się w mojej głowie, zawiera w sobie pierwiastek Niesamowitego. Moim pierwszym pomysłem była kryminalna historia z detektywem ćpunem w roli głównej. Poznawalibyśmy go w momencie, w którym budzi się w krzakach po kolejnej suto zakrapianej imprezie i nic nie pamięta. Wkrótce w tych samych krzakach znajduje ciało pięknej dziewczyny. Kierowany przez jej ducha prowadzi śledztwo, którego koniec byłby naprawdę szokujący. Zarówno dla potencjalnego czytelnika, jak i samego detektywa. Ale zakończenia nie zdradzę, bo może jeszcze kiedyś coś się z tego urodzi… A! I narracja miała być prowadzona z perspektywy tej zmarłej dziewczyny. A w zasadzie to jej ducha. 

Teraz kolej na pomysł drugi, czyli ten, który zaginął w otchłaniach mojego spalonego dysku. Ta historia też miała być kryminalna. Bohaterką byłaby licealistka z niewielkiej miejscowości, obdarzona wyjątkowymi zdolnościami. W sumie to jedną zdolnością – w snach słyszała prawdziwe myśli osób, z którymi rozmawiała w ciągu dnia. Byłoby to powodem jej wielu życiowych rozczarowań. Aż do momentu, gdy pewnej nocy odkrywa w głowie kolegi myśl o ukrytym w jego studni ciele matki. Nawiązuje więc z nim bliższą relację, aby później, w snach, prowadzić swoje śledztwo. Dopracowany miałam w tej historii każdy szczegół, pojawiać miał się również wątek miłosny. Ogólnie wszystko miało być tak, żeby podobało się niemal każdemu. W zaistniałej sytuacji nie spodoba się nikomu :) 

Zdradzę Wam jeszcze, że opowiadanie, które pożarte zostało przez Pokurcza zawierałoby w sobie odnalezione dziecko, elementy z prozy Jonathana Carrolla i Stephena Kinga oraz całkiem niezwyczajną szafę. Jako, że udało mi się ocalić przed wszystkożerną paszczą fragmenty moich obszernych notatek, więcej powiedzieć nie mogę. A nuż jeszcze któregoś pięknego dnia do tej historii wrócę.

Jeżeli chodzi o okładkę, zawsze marzyła mi się czarna, matowa, z lakierowanymi elementami w kolorze turkusu lub pudrowego różu. Co dokładnie miałoby na niej się pojawiać, nie mam pojęcia. Ale na ten moment zapewne poprosiłabym o projekt Tomasza Majewskiego. 

Chyba każdy książkoholik marzył o tym, aby któregoś dnia w jego księgozbiorze znalazła się książka z jego nazwiskiem. I przy okazji tych nadchodzących Świąt każdemu marzycielowi-pisarzowi tego z całego serca życzę! 
0
Podziel się

Pamiętam ze swojego dzieciństwa okres wielkich oczekiwań na premiery kolejnych książek z serii o Harrym Potterze. Pamiętam, jak ten mały czarodziej obudził we mnie miłość do czytania. Od tamtego czasu nie było takich wakacji, których nie rozpoczęłabym lekturą wszystkich części Harry'ego Pottera, po których następował maraton filmowy. I za każdym razem jest tak samo – tak samo magicznie, tak samo niesamowicie. I wiecie co? Bardzo możliwe, że nasze dzieci będą z taką samą miłością i zaangażowaniem zaczytywać się w historiach o małym aniołku z alergią na pierze i jego radosnej ekipie, która to z książki na książkę wciąż się powiększa. Życzyłabym tego sobie i życzyłabym tego Marcie Kisiel. 

Świat byłby niepełny, gdyby żyli na nim sami zwyczajni ludzie. Zwyczajni ludzie robią mnóstwo zwyczajnych rzeczy, bez których nie umielibyśmy żyć. Ale to dziwni ludzie wspinają się na najwyższe szczyty gór, latają w kosmos, patrzą godzinami w gwiazdy. Przekraczają granice światów... albo zdrowego rozsądku. Albo piszą książki.

Małe Licho i tajemnica Niebożątka to kolejna po Dożywociu, Sile Niższej i Szaławile opowieść z uniwersum Lichotki i okolic. Ta jednak dedykowana jest przede wszystkim dzieciom (tym nieco większym), ale zapewne przypadnie do gustu także dorosłym, szczególnie fanom Ałtorki. 

Niebożątko, Bożek, Bożęty… Ten dziewięciolatek nie tylko imię ma niezwykłe. Na ogół rzecz biorąc, niezwykłe ma wszystko, poczynając od ojca – seryjnego samobójcy zakochanego w romantycznej poezji oraz robótkach ręcznych, poprzez nietuzinkową rodzinkę i zasmarkanego anioła stróża, aż po swoją wielką tajemnicę. Tajemnicę, której strzeże, jak największego skarbu, jak wielofunkcyjnych chrabąszczy. Tajemnicę, która wkrótce może wyjść na jaw, bowiem wujek Konrad zarządził, że Bożek idzie do normalnej szkoły… I może nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Bożek nie znał za bardzo innego świata niż ten, który od urodzenia go otaczał. Nie wiedział nawet, czym właściwie jest ta cała szkoła. Nie rozumiał, po co mu ten cały świat. I Licho też nie rozumiało. Tym bardziej, że to wydarzenie zmieniło tak naprawdę wszystko…

Małe Licho i tajemnica Niebożątka to pełna ciepła i miłości opowieść o tym, co jest w życiu dzieci  (i nie tylko!) najważniejsze. Marta Kisiel zauważa i porusza naprawdę istotne dla dziecka problemy – brak rodzica, obojętność dorosłych, brak zrozumienia i akceptacji czy fakt wielkiego wydarzenia, jakim bez wątpienia jest pójście do szkoły. Uczy także tolerancji i pokazuje, że bycie innym wcale nie jest złe, że bycie innym to tak naprawdę bycie kimś wyjątkowym. To wszystko sprawia, że opowieść ta, choć dedykowana dzieciom, jest bardzo dojrzała i pozbawiona infantylności, którą można przypisać większości tego typu książek. Mało tego! Małe Licho to książka pełna grozy, którą podkreśla romantyczna ballada J. W. Goethego Król Elfów, towarzysząca Niebożątku niemal od narodzin. 

Nie byłabym sobą, gdybym nie rozpłynęła się właśnie w tym momencie nad językiem, co uczynić zamierzam. Małe Licho napisane jest językiem prostym, a zarazem bogatym. Ałtorka nierzadko używa słów, które dla dziecka mogą być niezrozumiałe. Po co? A pewnie po to, żeby dziecko zapytało: mamo/tato, a co to jest abdykacja? (Trochę to sadystyczne ze strony Marty Kisiel – jakby dzieci zadawały za mało pytań z gatunku: a co to jest? a po co? a to, co to jest?). To właśnie sprawia, że książka ta edukuje, naprawdę edukuje, wzbudza ciekawość i chęć rozumienia. Nie zabrakło tu również zabawy słowem, zabawy formą i w ogóle żadnej zabawy w Małym Lichu nie zabrakło.

Jeden z moich ulubionych fragmentów Małego Licha to ten, w którym Ałtorka opisuje beztroski czas lata, niczym nieskrępowanej zabawy. Ach, jak ja uwielbiam takie opowieści! To słońce, ten czas ciągnący się w jego promieniach, jak cukierki krówki, te zabawy, wygłupy, czysta, dziecięca radość. To jest to, za czym tak bardzo się tęskni, gdy jest się już dorosłym... 

Stary dom ożywał i zaczynał się ten najwspanialszy ze wszystkich czas. Czas długich i ciepłych dni, czas okien otwartych na oścież, czas buszowania po ogrodzie, podjadania owoców prosto z krzaczka, tarzania się w świeżo skoszonej trawie (dopóki mama nie zobaczyła plam na ubraniach), czas szaleństw w stawie, nocowania w namiotach i jedzenia pieczonych ziemniaków prosto z ogniska, chociaż parzyły język i palce.

Małe Licho i tajemnica Niebożątka wciąga, bawi, śmieszy, straszy, wzrusza i uczy. Pokazuje pewne rzeczy nie tylko dzieciom, ale zauważa także to, na co dorośli powinni zwrócić uwagę. Czego więcej chcieć od książki dla dzieci? Może kilka naprawdę wyjątkowych ilustracji? A proszę bardzo! Paulina Wyrt wykonała kawał naprawdę zachwycającej roboty. Jej ilustracje (a dużo ich tutaj, oj dużo!) są  po prostu przepiękne, oddają klimat historii i pomagają młodszym czytelnikom sobie ją lepiej wyobrazić.

Ja osobiście w Małym Lichu odnalazłam to, za co wiele lat temu pokochałam Harry'ego Pottera. Odnalazłam miłość, przyjaźń, wiarę. Odnalazłam akceptację, tolerancję i grozę. Żadnej innej książce wcześniej nie udało się dotknąć tej części mojej świadomości tak wyraźnie, jak przed wieloma laty zrobiła to Rowling. Marta Kisiel naprawdę to zrobiła, za co jestem jej ogromnie wdzięczna.

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel 
Tytuł: Małe Licho i tajemnica Niebożątka
Ilustracje: Paulina Wyrt
Dla dzieci: +10 lat
Strony: 204
Wydawnictwo: Wilga – GW Foksal
Moja ocena: 10/10

0
Podziel się

W takim jestem aktualnie wieku, że zarówno ja, jak i wiele moich koleżanek, postanowiłyśmy się rozmnożyć, stając się nieodwracalnie matkami na trzy etaty. Na szczęście w każdej pracy, nawet w tej, którą wykonuje się 24 godziny na dobę, są zbawienne przerwy. Czasem dłuższe, czasem krótsze, ale są. Ja w czasie swoich (nielicznych ostatnimi czasy) przerw maniakalnie pochłaniam książki i z niewyjaśnionych przyczyn dzielę się swoimi o nich wrażeniami tutaj. Mój Pokurcz książki też lubi. Jak to się stało? 

Gdy dzieci są jeszcze TAM, to strasznie im się nudzi! 

Wiele moich znajomych (i nieznajomych w sumie też) pyta mnie: kiedy zaczęłaś czytać Małemu? albo kiedy najlepiej zacząć czytać dziecku? Jak to się dzieje, że moje dziecko chętniej wyciąga rękę po książeczkę niż po telefon? Zasada jest bardzo prosta: NIGDY NIE JEST ZA WCZEŚNIE, ŻEBY ZACZĄĆ CZYTAĆ SWOJEMU DZIECKU! I tę zasadę, moje kochane mamuśki, kochani tatuśkowie także, zapamiętajcie i weźcie sobie do serca. 

Kiedyś tam, jacyś tam naukowcy z zagranicy udowodnili, że dziecko słyszy, będąc jeszcze w brzuchu mamy. Tak słyszy, jak słyszy się pod wodą, ale jednak. Po wyjściu na świat niewiele jeszcze widzi, ale słyszy bardzo dobrze i, co najważniejsze, rozpoznaje głosy ludzi, których w tym brzuchu najczęściej słyszało. Dobrze jest więc puszczać swojemu brzuszkowi muzykę, co wielu rodziców praktykuje (praktykowałam i ja!). Dlaczego by więc nie czytać maluchowi na głos? Przecież tym dzieciom w tych brzuchach musi się strasznie nudzić!

Od czego zacząć to całe czytanie do brzucha? 

Maluchy, którym puszcza się muzykę w ich pierwszym apartamencie, wyraźnie się ożywiają. Możemy więc zaobserwować, czy bardziej podoba im się Sławomir czy raczej Slayer. Co ciekawe, po wyjściu na świat, gdy przekonają się, że jednak istnieje jakieś życie po porodzie, rozpoznają piosenki, których słuchały. Jacyś inni naukowcy (a może i Ci sami, o których mówiłam wcześniej) udowodnili, że tak samo noworodki i niemowlęta reagują na słyszany wcześniej i znany im tekst!

A mogę czytać mojej małej „Mikołajka”? Ja bardzo lubiłam „Mikołajka”, gdy byłam mała – zapytała mnie ostatnio jedna z przyszłych mam. Dziewczyno! Czytaj jej nawet Ogniem i Mieczem, jeżeli to Twoja ulubiona książka jest. Ja do swojego brzucha deklamowałam Remigiusza Mroza, Martę Kisiel, Stephena Kinga i wiele innych książek niekoniecznie dla dzieci. Bo dla tego małego akrobaty w brzuchu najważniejszy jest Twój głos, głos mamy/taty. Znaczenia słów przecież i tak nie rozumie.

Jeżeli jednak chcecie zaobserwować reakcję swojego dziecka, zrezygnujcie z prozy. Postawcie na poezję (choć poezja to słowo w tym przypadku wygórowane). Krótkie, rytmiczne i rymowane wierszyki najlepiej się w tym przypadku sprawdzą (niekoniecznie Inwokacja z Pana Tadeusza, choć ta bez wątpienia jest i rytmiczna, i rymowana).

Mój Pokurcz bardzo lubił, gdy fragmentami recytowałam mu Lokomotywę Juliana Tuwima i do tej pory mu to zostało. W okresie, kiedy cierpiał straszne kolki, Lokomotywa nie raz uratowała nam wieczór. Czytałam mu też inne wierszyki, które pamiętałam ze swojego dzieciństwa. Po urodzeniu chętnie zasypiał przy Panu Maluśkiewiczu (również Tuwima).

Jaki jest sens czytania noworodkom? 

Jak już wcześniej wspomniałam, dziecko po narodzinach niewiele widzi. Słuch ma za to bardzo
dobry. Kocha Twój zapach i głos. Nic nie działa na niego tak kojąco, jak właśnie Twój, mamo/tato, spokojny i pełny miłości głos. Przede wszystkim po to warto czytać tym najmniejszym.

Pamiętam, że jak Pokurcz się urodził, akurat czytałam Amerykańskich Bogów Neila Gaimana. I już w szpitalu, leżąc na sali szeptem czytałam mu tę książkę (jakoś nic innego pod ręką nie miałam ;)). Inne świeżo upieczone mamuśki patrzyły na mnie, jak na kosmitkę, ale co tam. Maluch wykrzywiał buzię w grymasie, który przypominał uśmiech i zasypiał. Jak aniołek.

W późniejszym okresie wielokrotnie stosowałam tę metodę usypiania. Brałam Pokurcza na ręce i czytałam mu na głos. Zajebiście szybko odpływał przy Wotum Nieufności Remigiusza Mroza, czy Dożywociu Marty Kisiel. Oczywiście, nie zanudzałam go jedynie swoimi lekturami. Kiedy tylko mogłam czytałam mu wierszyki i rymowane bajeczki (aż w końcu nauczyłam się ich na pamięć i nie potrzebowałam książki, robiłam za to cielesne wizualizacje).

I tak własnie trzeba robić. Od początku. Pamiętajcie, mamuśki i tatuśkowie – dziecko nie słucha. Dziecko nas obserwuje, dziecko nas naśladuje, bo w jego małej, nieświadomej główce jesteśmy autorytetem, który bezwarunkowo robi wszystko bezbłędnie.

Jak ja to robię, że moje dziecko chętniej sięga po książkę niż telefon? A no tak, że częściej widzi mnie z nosem w książce, niż z nosem w telefonie. Ot, cała, wielka tajemnica!

I na koniec jeszcze raz powtórzę: NIGDY NIE JEST ZA WCZEŚNIE, ABY ZACZĄĆ CZYTAĆ SWOJEMU DZIECKU!
***
Matka Polka Recenzentka to zupełnie nowa seria wpisów na Białych Mebelkach, w której znajdziecie nie tylko tego typu artykuły i przemyślenia (zawsze stricte związane z książkami i czytaniem), ale także (a może nawet przede wszystkim) recenzję książeczek dla tych najmniejszych (i tych trochę większych też). 
0
Podziel się

Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo przecież z niego wyrosłem. Tak jak wyrasta się ze starych spodni, ze zbierania puszek czy wiary w to, że świat urządzony jest sprawiedliwie. 

Kraków, lipiec 2016 roku. W dusznym i gorącym powietrzu wisi widmo zbliżających się Światowych Dni Młodzieży, a w mieście dochodzi do serii niewyjaśnionych zaginięć. Sędzia Kamil Wojtas w wolnych chwilach zajmuje się odwiedzaniem krakowskich knajp (choć na co dzień są to raczej herbaciarnie), przysłuchuje się barowym rozmowom i stara się uciec od swojego nudnego, prozaicznego życia, z którego nigdy nie był zadowolony. Próbuje uporać się z demonami własnej przeszłości, ze swoimi słabościami i przyszłością o tyle przerażającą, że zdającą się nie należeć do niego. Jak zresztą wszystko. 

Flu Game to druga po Wielopolu książka Wojciecha Klęczara, do której, przyznam szczerze, nastawiona byłam nieco sceptycznie. Proza współczesna, proza barowa, proza egzystencjalna. Byłam pewna, że dla mnie miejsca tam nie będzie. Ale było. I jestem bardzo zadowolona, że udało mi się wyjść poza strefę mojego literackiego komfortu. 

Wszystkie wydarzenia obserwujemy oczami głównego bohatera, którego w sumie uznać możemy za bohatera jedynego. Reszta postaci tylko pojawia się i znika – bez znaczenia, czy były one bardziej czy mniej istotne. Robią, co mają do zrobienia, i znikają. I choć na początku wydawało mi się to dość dużą wadą, z czasem zrozumiałam, że przecież to świat widziany oczami Wojtasa – człowieka, któremu właśnie w ten sposób upływa życie. Człowieka, wokół którego po prostu dzieją się rzeczy,  dla którego nic tak naprawdę nie ma znaczenia i który każdego dnia przyodziewa maskę, udając, że wcale tak nie jest, że nie jest samotny i wyobcowany. 

Klęczar skleił świat przedstawiony ze strzępków wspomnień, barowych rozmów, którym przysłuchuje się nasz bohater, oraz monologów Kamila Wojtasa. Przede wszystkim tych ostatnich. Wydawać by się mogło, że taki sposób opowiadania historii nie ma szans na powodzenie – ktoś przyszedł, coś powiedział, poszedł i w sumie jakoś nic z tego nie wynika. Ogólny chaos stworzony z przypadkowych sytuacji, spotkań, rozmów i wspomnień. Na pierwszy rzut oka może nie wyglądać to dobrze. Moim zdaniem jednak taki sposób budowania historii jest jednym z największych plusów Flu Game. Bo jak inaczej autentycznie opowiedzieć świat, który nas otacza, jeśli nie właśnie opisując sytuacje, które się wokół wydarzają? Te zwykłe, prozaiczne, te których może nie zauważamy, a które są drobnymi, acz stałymi elementami życiowej mozaiki? 

Ta historia płynie. Ale nie tak, jak gładko płyną opowieści snute przez Jakuba Małeckiego. Ta historia jest leniwa, mozolna, jak świat obserwowany przez Kamila ze swojego balkonu, z całkiem nowego fotela z Ikei. Ta historia jest duszna i parna, jak lipcowe popołudnia. Ta historia miejscami zdaje się nie do zniesienia.

Flu Game to powieść przede wszystkim niezwykle autentyczna, prawdziwa, namacalna wręcz, napisana niezwykle ładną, poprawną i prostą polszczyzną. Prawdziwą. Zabrakło w tym wszystkim tylko rzetelnej redakcji, która mogłaby niektóre fragmenty wyciągnąć na jeszcze wyższy poziom. Miejscami miałam wrażenie, że zdania do siebie nie pasują, że momentami brakło chęci i staranności, że można by przeredagować to i owo… Ale to jedna z niewielu wad. 

Powiedzmy to sobie od razu (choć może nie tak od razu, skoro dopiero teraz): Flu Game to nie jest kryminał. I choć echa tych tajemniczych zaginięć ciągną się przez całą powieść, nie jest to historia o domorosłym detektywie, który na własną rękę rozpocznie niezwykle niebezpieczne śledztwo. Co to to nie! Niech nie zwiedzie Was blurb (mnie trochę zwiódł, przyznaję się). 

Zakończenie Flu Game jest o tyle dziwne, że mogłoby być zakończeniem zupełnie innej książki, zupełnie innej historii. Klęczar nagle zupełnie burzy cały światopogląd, który zbudował, tworząc tę opowieść. Jak za dotknięciem różdżki ściąga maski, pozbywa się pozorów, zadaje naprawdę ważne pytania. Jednak czy można na nie w ogóle odpowiedzieć? 

Flu Game to historia niedopowiedziana, to historia, która nieco niepokoi, historia, która – mam wrażenie – tak naprawdę zaczyna się wtedy, kiedy książka de facto się kończy. 

I choć po skończonej lekturze nie nie potrafiłam o niej zbyt wiele powiedzieć, a recenzja miała być krótka, bo nie umiałam ubrać w słowa swoich wrażeń, to w trakcie pisania nabrały one kształtów możliwych do opisania. Tak jakby książka urosła w mojej świadomości podczas pisania recenzji. Zdarzyło mi się tak, zaiste, pierwszy raz! 

Podsumowanie:
Autor: Wojciech Klęczar
Tytuł: Flu Game
Strony: 130
Wydawnictwo: FORMA
Moja ocena: 7,5/10
0
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • [PRZEDPREMIERA] Fragment powieści „Bezsenni” Marcina Jamiołkowskiego!
    W stolicy wybucha seria tajemniczych pożarów. W dziwny sposób łączą się one z niezwykłym błękitnym płomieniem, który nawiedza sny młode...
  • …Śmierć nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii – „Modyfikowany węgiel” [recenzja]
    Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wsz...
  • Nikt tak naprawdę nie dorasta – „Magiczne Lata” [recenzja]
    Nie śpiesz się do dorosłości. Staraj się pozostać chłopcem tak długo, jak to tylko możliwe, bo gdy raz stracisz moc magii, pozostaniesz...
  • ...a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej – „Dygot” [recenzja]
    Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni. Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uc...
  • Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok – „Flu Game” [recenzja]
    Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo pr...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates