białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje

Sekrety to kłopot,może największy kłopot ze wszystkich.Obciążają umysł i zajmują miejsce na świecie.

Jak byś się zachował, gdybyś miał władzę nad światem i za pomocą jednego gzika mógł wywołać niebotyczne pożary w Grecji, wysadzić w powietrze Azję lub na przykład... cały glob? Co byś zrobił, mając nieograniczoną władzę nad światem, mogąc w każdej chwili zabawić się w Boga? Czy potrafiłbyś żyć z taką odpowiedzialnością, mając zaledwie dwanaście lat? Gwendy Peterson nie miała wyboru... 

Castle Rock to miasteczko, które nie miało łatwo. Wpierw seryjny morderca (Martwa Strefa), później doniesienia o wściekłym, morderczym psie (Cujo). Mimo to mieszkańcy żyli sobie dalej, aż do 1991 roku, kiedy to Stephen King postanowił zakończyć ich żywot i w Sklepiku z Marzeniami zrównał Castle Rock z ziemią. Choć miało to definitywnie zakończyć przygodę z tym fikcyjnym uniwersum Kinga, autor wciąż wspominał je, a to w Historii Lisey, a to w Grze Geralda. Zarówno jemu, jak i czytelnikom ciężko było rozstać się z tym misternie wykreowanym światem. Jakże wielka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że tajemniczy projekt Kinga dotyczy właśnie Castle Rock. I to Castle Rock sprzed tych tych niszczycielskich tragedii, Castle Rock z roku 1974... 

Nie będę kłamać – nie jestem fanką krótkich form literackich, szczególnie tych w wykonaniu Stephena Kinga. Są oczywiście wyjątki, takie jak nieśmiertelne dla mnie Ciało czy Mali ludzie w żółtych płaszczach, jednak zdecydowanie wolę opasłe tomiszcza, którym bliżej do Pod Kopułą czy To. King jest mistrzem rozpisywania się, jednak Pudełko z Guzikami Gwendy stworzył do spółki z Richardem Chizmarem – dla odmiany mistrzem opowiadań. Zdecydowanie widać w tym tekście jego rękę, która hamowała zapędy Stephena Kinga. Co ciekawe, współpraca tych dwóch panów była całkowicie niezamierzona. King zadzwonił do Chizmara, aby powiedzieć mu, że utknął w trakcie pisania opowiadania, ten postanowił pomóc i tak oto powstał wspólny projekt zatytułowany Pudełko z Guzikami Gwendy.

Gwendy Peterson to zwyczajna nastolatka, która boryka się z nadwagą. Codziennie więc wbiega na Schody Samobójców i ogranicza ukochane słodycze. Pewnego słonecznego dnia spotyka tajemniczego Pana Farrisa, który wręcza jej zagadkowe pudełko z guzikami, a wraz z nim ogromną odpowiedzialność. Pudełko to bowiem jest w stanie zniszczyć w ułamku sekundy nie tylko cały kontynent, ale także cały świat. W zamian każdego dnia można wyciągnąć z niego przepyszną czekoladkę, a czasem nawet bardzo wartościową monetę. Ma to stanowić rekompensatę za odpowiedzialność, która ciąży na aktualnym właścicielu pudełka.

Obserwujemy życie Gwendy, jej porażki i sukcesy. Patrzymy, jak z zakompleksionej nastolatki staje się piękną, odnoszącą sukcesy świadomą kobietą. Na ile jednak jest to jej zasługa, a na ile magicznej mocy pudełka? Gwendy przez całe życie będzie zadawać sobie to pytanie. Pewnego dnia ponownie zjawia się Pan Farris w swoim dziwnym kapeluszu i ściąga z Gwendy ten ciężar, aby przekazać pudełko następnemu właścicielowi. Może będziesz nim właśnie Ty? Bo pudełko przecież wciąż gdzieś krąży...

Pudełko z Guzikami Gwendy to opowiadanie, które skupia się tylko na jednej bohaterce. Po raz kolejny Stephen King ukazuje siłę kobiet, stawiając im swoisty pomnik. Powrót do Castle Rock mnie zachwycił i spełnił moje oczekiwania związane z tym miasteczkiem, jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło. Jest to jednak odczucie, które pojawia się u mnie prawie zawsze, gdy mam do czynienia z opowiadaniami.

Jest jeszcze jedna rzecz. O ile opowiadanie samo w sobie jest dobre, to jego wydanie wydaje się być małym oszukaństwem. Niby 174 strony, a czytania w sumie na jedną godzinę. Książka wydaje się obszerna, jednak wydrukowana została na papierze o nieco większej gramaturze niż standardowa, obudowana w grubą okładkę i obwolutę, która dodatkowo optycznie ją powiększa, zastosowano także większą interlinię i ramki na każdej stronie. Ponadto w środku znajduje się wiele ilustracji (bardzo dobrych swoją drogą) autorstwa Keitha Minniona. Kolejne dodatkowe strony. Całą książkę zapakowano do grubego pudełka, dzięki czemu zyskała wygląd egzemplarza kolekcjonerskiego. Taka też była jego cena. Muszę przyznać, że Pudełko z Guzikami Gwendy jest pięknie wydaną książką, jednak sięgając po nią na księgarnianą półkę, warto mieć świadomość, że jest to jedynie opowiadanie, które pochłonie nas na maksymalnie dwie godziny, a zapłacić za nie trzeba jak za pokaźnych rozmiarów powieść.

Pudełko z Guzikami Gwendy nie znajdzie się na liście moich ulubionych opowiadań. Było dobre, skłoniło mnie do refleksji, na chwilę pozwoliło wrócić do magicznego Castle Rock, jednak jest to historia, która wpada i wypada. I nie wiem, czy będę chciała kiedyś do niej wrócić.

Podsumowanie:
Autor: Stephen King, Richard Chizmar
Tytuł: Pudełko z Guzikami Gwendy
Tłumaczenie: Danuta Górska
Strony: 174
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 6/10 (+1 za piękne wydanie)

A ja już drżę na myśl o serialu Castle Rock, który niebawem pojawi się na platformie HBO. Tak bardzo nie mogę się doczekać! 


0
Podziel się

Nie wiem, co sobie myślałam, gdy biorąc w dłonie Toń Marty Kisiel, oczekiwałam, że będzie to zwyczajny kryminał z historycznym tłem. O, ja głupia! Przecież za samo użycie słów „zwyczajny” i „Marta Kisiel” jednym zdaniu, powinna mnie spotkać powolna śmierć w męczarniach i samotności albo przynajmniej bardzo, ale to bardzo surowa kara. Kilka rozdziałów zweryfikowało moje oczekiwania. Nie umarłam jednak straszną śmiercią i nie cierpiałam wcale. Bawiłam się za to wybornie! 

Rodzina Sternów nie należy do tych zwyczajnych rodzin, które uśmiechają się do siebie podczas rodzinnych obiadów. Najprawdopodobniej w ogóle takowych nie jadają. Rodzina Sternów dodatkowo nietypowo składa się z trzech panien: Eleonory, Justyny i stojącej na ich straży, nieco paranoicznej ciotki Klary. Ciotka Klara, poza brzęczącą biżuterią, szeregiem fobii i szeroko pojętym pierdolcem, posiada także trzy zasady, których pod żadnym pozorem nie można złamać. Pod żadnym pozorem! W myśl jednej z nich, gdy wybiera się na wycieczkę, ściąga do Wrocławia bezbłędną, temperamentną i narwaną Justynę, która trzy lata wcześniej wyjechała w poszukiwaniu dorosłości i spokoju. Ta z kolei, łamiąc jedną (a później także i kolejne) z zasad, ściąga na wszystkich lawinę nieszczęść, a lawina odkrywa skrzętnie skrywane i naprawdę mroczne tajemnice rodziny Sternów. Tajemniczości całej historii dodaje także fakt, że już na samym początku powieści, na powierzchnię jeziora wypływa całkiem martwe ciało Mądrzywołka, obojętne na uroki budzącego się do życia dnia...

Toń to nie tylko ciekawa i porywająca historia, ale także wspaniała galeria osobliwych osobowości, bohaterów z krwi i kości. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście szalona Dżusi ze swoim zapałem i nietuzinkowym wyglądem. W ślad z nią podążają równie nieprzeciętne Eleonora i ciotka Klara. Wszystkie trzy są tak od siebie różne, że aż iskrzy, a jednocześnie posiadają o wiele więcej wspólnego, niż każda z nich chciałaby przyznać. Do tego szalonego korowodu dołącza tajemniczy, czarujący i budzący prawdziwy lęk antykwariusz Ramzes, niemniej czarujący zegarmistrz Gerd oraz niesamowita i ciepła starsza pani – Matylda. Nie do końca szarą codzienność sióstr ubarwiają także sąsiadki Bimbowe oraz jamnik. Każda, nawet poboczna postać, wnosi do tej opowieści coś od siebie. Coś, bez czego ta niezwykła historia nie mogłaby istnieć. 

Nie. Toń nie tylko nie ma nic wspólnego ze zwyczajną książką. Prawdę mówiąc, również o kryminał tylko się ociera. Historia rodziny Sternów pełna jest nadprzyrodzonych postaci i sytuacji nie z tego świata. Marta Kisiel wiele razy mówiła, że tym razem pisze coś „na serio”. Bałam się, że będzie za bardzo „na serio”, że zabraknie tego, co w książkach Ałtorki porywa najbardziej – przerysowania, ironicznych komentarzy, dosadnych dialogów i przede wszystkim humoru. Nie zabrakło. Niczego nie zabrakło. 

I choć wydawać by się mogło, że Toń to powieść łatwa i przyjemna, to tak naprawdę pod pledem utkanym z humoru i ozdobionym groteską, Marta Kisiel porusza tematy ważne i niełatwe. Tematy dotyczące relacji międzyludzkich, więzi tych najsilniejszych, bo rodzinnych – tym silniejszych, im bardziej na pozór niedoskonałych. Mówi o trudach codziennego życia i próbach poradzenia sobie z bolesną przeszłością i traumami. A to wszystko napisane w taki sposób, że kąciki ust mimowolnie podnoszą się do góry, wartka akcja nie pozwala nawet na odrobinę nudy i w końcu książkę „wciąga się” w dwa wieczory. Nie zabrakło też, i to ucieszyło mnie nad wyraz, kilku smaczków dla wielbicieli Kiślowersum, ciekawej historycznej nutki oraz mistrzowskiego operowania i zabawy słowem. Żaden bowiem współczesny pisarz nie posiada takiego wyczucia języka, jak Marta Kisiel. I nie ukrywam, że każde przekleństwo użyte w tej powieści, było dla mnie gratką i rarytasem, bo użyte zostało właśnie tam, gdzie użyte być miało. 

Po raz kolejny sięgnęłam po książkę Marty Kisiel napalona jak szczerbaty na suchary i po raz kolejny się nie zawiodłam. To pozycja bezsprzecznie obowiązkowa. I to nie tylko dla fanów szalonego pierdolca Marty Kisiel. Ja, zgodnie z życzeniem Ałtorki, utonęłam. Całkowicie. 

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel 
Tytuł: Toń
Strony: 316
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 10/10





0
Podziel się

Remigiusz Mróz – pisarz, którego chyba już nikomu przedstawiać nie trzeba. Pisarz, który ma wiele imion. Okrzyknięty bowiem został już Leonardem Da Vinci polskiego kryminału (seria z Komisarzem Forstem), Johnem Grishamem na gruncie literatury sądowej (seria z Chyłką) czy polskim Stephenem Kingiem (Czarna Madonna). Dziwi mnie niemal, że jeszcze nie spotkałam się z określeniem go współczesnym Lemem czy Sienkiewiczem, bo przecież w tych gatunkach też zaistniał. Niewątpliwie jednak wszystko, czego dotknie się ten młody prawnik z Opola, zamienia się niemal w złoto. Tłumy blogerów podnoszą swoje ochy i achy, wciąż chwaląc i adorując Mroza, a książki znikają z księgarnianych półek w zastraszającym tempie. 

Niektórzy go lubią, inni odnoszą się w stosunku do jego prozy raczej neutralnie, inni natomiast, nie rozumiejąc do końca fenomenu pisarza, otwarcie go krytykują. A ja? Po lekturze serii z Forstem i Kasacji byłam nastawiona raczej sceptycznie. Nie porwały mnie też inne książki Mroza, wciąż pozostawiając mnie w głębokim niezrozumieniu jego popularności – pisarz jak pisarz, książka, jak książka. Ot co. Aż do momentu, gdy w moje ręce wpadł Behawiorysta – thriller, który naprawdę mnie wciągnął, pochłonął, zachwycił i porwał jak ogromny rollercoaster, o którym wspominała Katarzyna Bonda przy okazji lektury Kasacji (choć w przypadku tej książki porwana się nie czułam). 

A teraz to. Bum! Wielkie Buum! W moje ręce przypadkowo wpada rzekome „polskie House Of Cards” (Remigiusz, zawsze! porównują Cię z najlepszymi) – pierwsza część serii W kręgach władzy, czyli Wotum nieufności, czyli absolutnie genialne political fiction. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ta powieść to swoiste novum na polskiej scenie literackiej.

Wotum nieufności otwiera pozornie niewinna scena, w której Daria Seyda, marszałek sejmu, budzi się w hotelowym pokoju, nie wiedząc, gdzie się właściwie znajduje i jak tu trafiła. Nie pamięta w ogóle wydarzeń minionej nocy. Jednak to, co wydarzy się w przeciągu najbliższych kilku godzin, nie pozostawi kobiecie czasu na przeprowadzenie śledztwa i przewróci jej życie do góry nogami.  Tym czasem wschodząca gwiazda polskiej polityki Patryk Hauer trafia na trop ogromnego spisku, w który najprawdopodobniej zaplątane są osoby z najwyższych kręgów władzy.

Remigiusz Mróz po raz kolejny sięgnął po gatunek, którym wcześniej się nie parał i po raz kolejny odniósł sukces. Stworzył genialny świat pełen brudnej polityki, intryg i różnorodnych, pełnokrwistych i ambitnych bohaterów. Co ciekawe, żaden z nich nie jest tak naprawdę ani zły, ani dobry, a cały polityczny świat jest pełen szarości. Na początku lektury można pogubić się w licznych nazwiskach czy nazwach partii, jednak czytając uważnie, po chwili wszystko ułoży się w logiczną całość. I choć Wotum nieufności osadzone jest w świecie literackiej fikcji, łatwo możemy zaobserwować mechanizmy rządzące prawdziwą polską sceną polityczną. Mało tego! Remigiusz Mróz stworzył mnóstwo nawiązań do prawdziwych postaci oraz sytuacji. Pozostał więc, jak zawsze, niesamowicie spostrzegawczy i dotknął wielu aktualnych problemów naszego kraju. Prawdziwy rarytas dla czytelników, którzy pozostają na bieżąco z sytuacją polityczną Polski. I nie tylko... 

Nie ma się jednak co dziwić mistrzowsko odwzorowanemu porządkowi politycznemu, bowiem pisarz jest przecież specjalistą od prawa konstytucyjnego, co fantastycznie wykorzystał. Przede wszystkim powieść ta idealnie prezentuje, jak faktycznie wyglądają kompetencje Prezydenta RP, ile w rzeczywistości leży w jego rękach, a ile zależy od całej reszty politycznego zaplecza. 

W książce nie brakuje także licznych odniesień do popkultury czy pokazania realnej potęgi social mediów. Autor uświadamia także, jak bardzo klasyczne media manipulują informacją i nami – zwykłymi, niczego nieświadomymi obywatelami.

Nie do końca przekonały mnie jednak dialogi, które miejscami wydają się sztuczne i naciągane. Jednak jest to jedyny minus tej świetnej powieści.

Historię zakańcza doskonały plot twist, który sprawił, że niemal odliczałam dni do premiery drugiego tomu, który aktualnie kończę czytać. Recenzja za tydzień!

Po skończonej lekturze  nie jestem jednak w stanie zgodzić się, jakoby Wotum nieufności jest polskim House of Cards. Niby gatunek ten sam, jednak książki w moim odczuciu były całkowicie inne – żadna z nich nie była lepsza od drugiej. Nie znając rekomendacji wydawnictwa, na pewno nigdy bym w ten sposób nie pomyślała. Nie ulega jednak wątpliwości, że po tę pozycje warto sięgnąć, nawet jeżeli do prozy tego autora nie jesteście przekonani. Może zmienicie zdanie?


Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Wotum nieufności
Seria: W kręgach władzy
Tom: I
Strony: 600
Wydawnictwo: FILIA
Moja ocena: 6/10

W tytule cytat Tacyta, który rozpoczyna blurb Wotum nieufności.
0
Podziel się

Jonathan Carroll to jeden z tych nielicznych pisarzy, których wprost uwielbiam, których nie czytam, a pochłaniam, których każda kolejna książka to dla mnie ekscytująca przygoda, od której nie mogę się oderwać. Absolutnie każda! Pełne magii i emocji niezwykłe światy, które kreuje Carroll, nadnaturalne postaci i całkowicie abstrakcyjne sytuacje nie tylko dostarczają mi wiele radości, ale także wiele lat temu wykreowały mój literacki gust i wysoko postawiły poprzeczkę innym pisarzom.

Jonathan Carroll należy do grupy pisarzy, którzy każą czekać swoim fanom na kolejne książki. Szczególnie ostatnimi czasy. Sześć lat czekaliśmy na Kąpiąc Lwa, po niespełna czterech pojawiła się ostatnio Kolacja dla Wrony, która zdecydowanie nie jest tym, czego wszyscy się spodziewali. Ja jednak przez te wszystkie lata wciąż zadawałam sobie pytanie: co temu człowiekowi w głowie siedzi? I ta książka właśnie po części na to pytanie odpowiada, nieco przybliżając mi meandry jego myśli i inspiracji.

Kolacja dla Wrony to zbiór króciutkich opowiadań, esejów, przemyśleń i anegdot z życia Jonathana Carrolla. Niektóre są lepsze, niektóre gorsze, jedne dłuższe, inne krótsze. Każde jednak mówi nam coś o samym autorze, wyjaśnia skąd brały się pomysły na kolejne książki. Nie mogło zabraknąć nieco nadnaturalnych elementów, jak faktycznie szukanie nadziei w szpitalu czy opowiadanie o mieszkającym w brzuchu strachu. Z jednej strony nie ma nic, co łączyłoby te krótkie historyjki. Wszystkie jednak razem starają się przybliżyć nam sens życia, pokazać, w jak prosty sposób można uczynić z niego prawdziwą sztukę. Kolacja dla Wrony pokazuje, jak wiele magii znajduje się w naszej codzienności, ile radości i inspiracji można czerpać z codziennych, zwyczajnych sytuacji. Carroll bez wątpienia pozostaje więc w moich oczach mistrzem czynienia sztuki z życia. I to sztuki przez duże S, bo tej surrealistycznej i abstrakcyjnej, która porusza mnie najmocniej.

Dużą zaletą tej książki jest fakt, że można swobodnie czytać ją „na wyrywki” i zależnie od sytuacji lub ewentualnego nastroju znaleźć coś, co do nas trafi, poprawi humor bądź też wpłynie na nasze zdystansowanie się do trudnych sytuacji. Przynajmniej na mnie tak działa. I podejrzewam, że wywoła podobny efekt u każdego wiernego czytelnika Jonathana Carrolla.

Kolacja dla Wrony zdecydowanie nie jest pozycją, od której należy zacząć swoją przygodę z tym osobliwym pisarzem. Lepiej do tego zda się Kraina Chichów albo Kości Księżyca. Jest to natomiast pozycja obowiązkowa dla każdego, kto się fanem Carrolla mianuje. 

Podsumowanie:
Autor: Jonathan Carroll 
Tytuł: Kolacja dla Wrony
Strony: 208
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję: 

  
2
Podziel się

Długo zastanawiałam się, jak w ogóle zacząć tę recenzję. Zacznę więc szczerze. Czytając Króla Szczepana Twardocha, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem zwyczajnie głupia, że chyba nie do końca rozumiem, że może ta książka jest na mój rozum za mądra. Myślałam: „dobra, idź sobie poczytaj te swoje czytadła, które nie wymagają większego wkładu umysłowego”. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że tak bardzo nużyła i wręcz męczyła mnie powieść, która była tak głośna, tak rozkrzyczana, taka oh i ach, a dodatkowo stworzona przez najbardziej obiecującego pisarza współczesnego pokolenia? Po napisaniu niemal całej recenzji rzuciłam więc okiem na krążące w mass mediach opinie o Królu i... kamień spadł mi z serca, ponieważ w swoich osądach i odczuciach nie pozostałam osamotniona.

Za największą wadę Króla uważam fakt, że został on napisany właśnie przez Szczepana Twardocha. Bo nie jest to książka zła, tego zdecydowanie nie można o niej powiedzieć. Jednak po tym autorze oczekuje się więcej, bardziej, mocniej. Po niesamowitej Morfinie czy Wiecznym Grunwaldzie, Król zaprezentował się raczej blado, wtórnie i niestety... wyjątkowo przesadnie. I nie jestem w stanie pisać o tej powieści, nie porównując jej do poprzednich dzieł autora, które niemal ociekały geniuszem i wykręcały bebechy, jakby powiedział Witkacy.

Jak dowiadujemy się z okładki, historia opowiada o Warszawie lat 30., Warszawie przedwojennej, polsko-żydowskiej, Warszawie nazwanej „polskim piekłem”. I tutaj pojawia się pierwsza przesada, bowiem opis rzeczywistości 1937 roku przywodzi raczej na myśl rzeczywistość lat 90.: drogie samochody, niewyobrażalna ilość kokainy i wybitnie wulgarny język. Mówiąc o przesadzie, nie można nie wspomnieć o postaci głównego bohatera, Jakuba Szapiro, którego hiperboliczna kreacja zahacza już o groteskę. Jakub to bohater typowy, ale także nieprawdziwy i zupełnie nieprzekonujący – budzący respekt król Warszawy, niepokonany bokser z trudnym dzieciństwem, jeszcze trudniejszą młodością i niezwykle trudnym charakterem. Cechuje go wątpliwa charyzma, która sprawia, że każda (!) kobieta go pragnie, na każde jego słowo wszystkie gotowe są ściągać majtki i uprawiać ostry i dziki seks. Wszędzie. Cały czas. I mnogość wielkich kwantyfikatorów w tym  zdaniu nie jest z mojej strony przesadą.

Co też razi oczy to niemal zabójcze stężenie testosteronu i męskość poniesiona niemal do rangi kultu. W świecie, w którym dominuje drastyczna, miejscami nie do zniesienia przemoc, seks i narkotyki, obecność kobiet jest niemal deficytowa a te, które już się pojawiają, sprowadzane są do roli tanich kurew, puszczalskich cwaniar lub uciśnionych i nieszczęśliwych, acz pogodzonych ze swoim parszywym losem kur domowych, których życiorysy mógłby z powodzeniem sfilmować Wojciech Smarzowski.

To właśnie chyba przesada jest tym, co powoduje czytelnicze znużenie i zmęczenie. Zarówno w konstrukcji postaci i wulgarności języka, ale także w ilości niewyobrażalnej przemocy, opisów mordów i wynaturzonego seksu. To także odbiera powieści wiele realizmu. Bo poza tym, że bohaterowie nie wylewają za kołnierz, ćpają na potęgę, uprawiają seks i mordują się w bardzo sadystyczny sposób, w książce nie wiele się dzieje. 

Jednak Król to nie tylko przesada przez duże P. Ta powieść ma również wiele plusów. Jest na przykład o wiele bardziej przystępna niż jej poprzedniczki. Dzieje się tak dlatego, że mniej w niej jest wewnętrznych monologów, mniej nierealnych bytów czy „strumienia świadomości”. Mamy jasno (pozornie) określonego narratora, który opowiada nam o wydarzeniach, których był świadkiem. Metafizyczne elementy ograniczone zostały do unoszącego się nad Warszawą wieloryba Litani oraz brata diabła Pantaleona Karpińskiego.

Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie jestem człowiekiem, jestem nikim, nie ma mnie, nie istnieję, jestem chudym, ubogim synem nikogo i patrzę na tego, który zabił mojego ojca, patrzę jak stoi w ringu, piękny i silny. 

Dużym plusem jest także niezmienna zabawa formą i językiem, którym Twardoch operować umie mistrzowsko. Autor posiada umiejętność ujmowania rzeczywistości w sposób niezwykle autentyczny ale także bolesny i mocny. Bo mimo wszystko w Królu jest dużo prawdy: prawdy o ludziach, o życiu, o emocjach.

W tle powieści, na drugim planie pokazany jest przygnębiający obraz polskiej sceny politycznej 1937 roku. Autor wyciąga na światło dziennie to, co polska historia od lat wypiera, o czym w szkołach się nie mówi. Bo przecież Polacy pokazywani są jako naród, który w czasie II Wojny Światowej pomagał Żydom. Prawda jest jednak inna i Szczepan Twardoch przypomina między innymi ławkowe getta czy obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej. Ponadto ożywia mniej znane i zapomniane już autentyczne postacie, np. Ryfkę Kij – właścicielkę jednego z najbardziej ekskluzywnych przedwojennych burdeli czy Pantaleona Karpińskiego – prawą rękę znanego gangstera Łukasza Siemiątkowskiego.

W gruncie rzeczy Król nie jest książką złą. Nie do końca odpowiada mi obraz rzeczywistości, jaką wykreował autor, jednak pewne aspekty zasługują na pochwałę. Samo zakończenie nieco zaskakuje, ale także pozostawia pewien niedosyt. Mnie osobiście ta książka nieco znudziła w pewnym momencie, męczyła wręcz (ale nie tak, jak Twardoch męczyć powinien) i sprawiała, że nie miałam ochoty czytać dalej. Jednego plot twistu się domyśliłam na początku, drugi natomiast mocno mnie zaskoczył. Ostatecznie bilans prezentuje się raczej neutralnie. Oczekiwałam od tej powieści czegoś innego, czegoś bardziej, czegoś mocniej. Myślę, że brakło trochę Twardocha w Twardochu, a zarazem było go za dużo. Tak. Chyba właśnie tak... 

Podsumowanie:
Autor: Szczepan Twarodch
Tytuł: Król
Strony: 429
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Moja ocena: 6/10
6
Podziel się


Wyobraź sobie, że stoisz przy zwrotnicy i widzisz wagonik kolejki, który pędzi w dół po torach, a na jego drodze przywiązano pięć obcych ci osób. Obok ciebie stoi nieznany ci, otyły człowiek. Jeżeli zepchniesz go na tory, jego masa zatrzyma wagonik i uratuje ludzi. Masz tylko te dwie możliwości, co robisz?

Sprawdzenie radykalnych zachowań zwyczajnych ludzi, gdy stają się oni anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo, było założeniem słynnego stanfordzkiego eksperymentu więziennego, którym kierował profesor Phillip Zimbardo. Chyba każdy wie, jak ów eksperyment się zakończył. Stanley Milgram natomiast w swoim eksperymencie rażenia prądem sprawdzał wpływ autorytetu  i otoczenia na działania jednostek. Wyniki obu badań są przerażające, a dla kogoś, kto nie brał w nich udziału wręcz niemożliwe. A jak Ty byś się zachował? Co byś zrobił, mając władzę i możliwość podjęcia decyzji? 
Jaka tak naprawdę jest ta mroczna część ludzkiej natury? Do jakich rzeczy jesteśmy zdolni, gdy tylko mamy możliwości? Remigiusz Mróz w powieści Behawiorysta nie tylko stawia czytelnika przed bardzo złożonym dylematem wagonika, ale także formułuje niezwykle trafną diagnozę współczesnego społeczeństwa i ludzkiej natury, która potwierdza poniekąd badania zarówno Zimbardo, jak i Milgrama.

Zamachowiec zajmuje przedszkole, grożąc, że zabije dzieci i wychowawców. Nie przedstawia żadnych żądań, nikt nie wie, co chce osiągnąć, a to wcale nie ułatwia pracy policji. Podobnie jak fakt, że całe zdarzenie transmitowane jest na żywo w Internecie – na stronie Koncertu Krwi, której wyłączenie okazuje się niemożliwe nawet dla najlepszych informatyków i hakerów. Sytuacja staje się bardziej skomplikowana, gdy zamachowiec, mianujący siebie Kompozytorem, każe swoim widzom wybierać, którą z dwóch ofiar ma zabić. Czas ucieka, ludzie głosują...
Gerard Edling to posiadający mroczną przeszłość specjalista od kinezyki – nauki zajmującej się badaniem komunikacji niewerbalnej, z powodu tej właśnie przeszłości został odsunięty od pracy w policji i prokuraturze. Jego obecność w tej sprawie okaże się jednak konieczna. Kompozytor bowiem najbardziej pragnie konfrontacji z legendarnym Edlingiem i to jemu rzuca wyzwanie.
Akcja Behawiorysty wręcz pędzi na złamanie karku, nie pozwalając biednemu czytelnikowi złapać oddechu. Następuje atak za atakiem, giną kolejni ludzie, a śledztwo stoi w miejscu. 

Behawiorysta posiada wiele zalet, jednak za największą z nich uważam odpowiednie dozowanie emocji i trzymające w napięciu tempo akcji. Jest to bez wątpienia genialnie skonstruowany thriller psychologiczny, który poza pogłębianiem portretów głównych bohaterów, emocjonalnie angażuje czytelnika. Autor pogrywa na naszych uczuciach, manipuluje nami i w sadystyczny (tak, sadystyczny!) sposób zmusza nas do wzięcia udziału w Koncercie Krwi.

Osobiście zaliczyłam już kilka spotkań z Remigiuszem Mrozem. Jednak dopiero dzięki Behawioryście pojęłam fenomen tego młodego pisarza. To jest naprawdę powieść na poziomie światowym, jaka jeszcze w Polsce nie powstała. Mocna, krwawa, drastyczna, brutalna, bestialska wręcz i pełna drakońskich scen nie pozwala przejść obok siebie obojętnie. Nie jest to jednak powieść dla każdego i niektórzy czytelnicy zarzucają jej nadmierny sadyzm. Ja natomiast uważam ten fakt za atut, który nadaje opowieści autentyczności. Mróz przestał się z nami patyczkować, podsyłając nam ciekawe opowiastki o wrednej pani adwokat. Tym razem serwuje nam historię autentyczną. Behawiorysta napisany jest w sposób iście mistrzowski, a jego formę porównałabym nawet do reportażu, który może stać się całkiem solidną podstawą do instruktarzu terrorystycznego (oby nie!).

Kolejny ważny aspekt powieści to jej nieprzewidywalność. I to nie tylko w zakończeniu, ale także w konstrukcji akcji i jej zwrotach, które całkowicie wymykają się kanonom i podążają swoimi, niekonwencjonalnymi ścieżkami. Dzięki temu w pewnym momencie nie tylko nie wiemy, kto tak naprawdę jest winny i ścigany, ale także bierzemy pełną odpowiedzialność za głównego bohatera. Zaczynamy siłą rzeczy zastanawiać się, jakiego wyboru dokonalibyśmy, znajdując się w takiej sytuacji. Autor nie ma dla nas, czytelników litości, bez skrupułów zmuszając nas do refleksji i zastanowienia się nad naszą moralnością, do brania udziału w tych bestialskich wydarzeniach, wyciągania na światło dzienne naszych mrocznych stron. Mistrzowsko pobudza do działania tę naszą drugą naturę, którą skutecznie ukrywamy pod płaszczem codziennej normalności. Ponadto jak zwykle pozostaje na bieżąco z aktualnymi tematami społecznymi i problemami politycznymi. Istny majstersztyk!

I nie napiszę wiele o języku (jak to?!), konstrukcji zdań czy dialogów. To jest w tej książce najmniej ważne, jednak, biorąc pod uwagę moje upodobanie tej kwestii, czuję się zobowiązana, aby wspomnieć, że nie mam się do czego doczepić. Pomimo to język całkowicie schodzi na drugi plan ustępując miejsca wartkiej akcji i emocjom. I to jest tutaj najważniejsze.

Choć o Remigiuszu Mrozie i samym Behawioryście napisano już sporo, sama też postanowiłam dodać coś od siebie (a długo ta recenzja leżała w poczekalni). Ta powieść bowiem jest niezwykle angażująca i targa emocjami. Inna niż wszystkie (a trochę ich było), które do tej pory napisał Remigiusz Mróz, nie pozwala się od siebie oderwać, na długo pozostawiając czytelnika w niemej refleksji. Po jej przeczytaniu uważam (uwaga, uwaga!), że autor całkowicie zasłużył sobie na miano Króla Polskiego Kryminału. I nie tylko kryminału. Widać, że zmiana wydawnictwa wyszła pisarzowi na dobre. A ponieważ już dawno nie zdarzyło mi się rzucić absolutem – proszę: ABSOLUTNIE każdy powinien tę książkę przeczytać. Absolutnie! 

Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Behawiorysta
Strony: 488
Wydawca: Filia
Moja ocena: 10/10


0
Podziel się

Lato. Zachód słońca. Nad brzegiem jeziora siedzą sobie dwa pączki. Jeden z nich pali cygaro. 
– Wiesz, zapisałem się na studia – mówi. 
– I co? Przyjęli Cię? 
– Nie. No co ty, pączka?! 

To mój ulubiony kawał. Tak, wiem – dla większości normalnych ludzi jest całkowicie nieśmieszny. Jednak pamiętam, gdy ten dzień, gdy usłyszałam go po raz pierwszy i zanosiłam się śmiechem przez blisko godzinę. Podobnie, jak w przypadku dowcipu o kromce chleba uciekającej przed wygłodniałymi Rumunami, która na swojej drodze spotyka kotleta schabowego. Kolejny żart w moim TOP 10. Z jakiegoś powodu ożywione jedzenie niesamowicie mnie bawi, dlatego gdy dowiedziałam się, że wspomniany w poprzedniej recenzji Krzysztof Bonk napisał książkę Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili, od razu zapragnęłam ją przeczytać. Dlaczego? 

Potem przyszło druzgocące serce, bolesne rozczarowanie – rozłąka, istna udręka. Kobieta, która zamówiła Pulpę Owocową, ostatecznie odmówiła tego dana. Powołując się na swoją dietę, wytknęła Pulpie, że jest zbyt kaloryczna, i nie skosztowawszy jej nawet troszeczkę, odstąpiła od stołu. W jej miejsce zjawił się kelner sprzątający resztki, a owocowa potrawa zalała się morzem słodkich łez. Od słodyczy w sobie bowiem gorzko płakać nie umiała. Trafiła do foliowego worka wraz ze śmieciami, do ostatniej chwili z czułością wyglądając za swoim lubym. 

Gdy nasza przeurocza, zakochana w Ostrym Sosie Chili Pulpa trafia do kontenera na śmieci, niespodziewanie spotyka w nim Pana Spaghetti – przystojnego mężczyznę w kapeluszu z listków oregano, o smukłej sylwetce i... przypalonym tyłku, którego celem jest wydostanie się ze śmietnika i zemsta na nieudolnym kucharzu, który tego haniebnego aktu dokonał. Wkrótce dołącza do nich Kotlet Mielony z wielkim marzeniem, aby stać się królem mięśni i cała trójka, ku ich wielkiemu rozczarowaniu, trafia na Wysypisko. Czym prędzej chcą się z niego wydostać i wrócić do miasta, gdzie Pan Spaghetti zemści się na nieudolnym kucharzu, a Pulpa połączy się w miłosnym uścisku ze swym ukochanym, który został na restauracyjnym stole, zamknięty w małej butelce.

Plany krzyżuje im jednak Szarlota Szarlotka, która zabiera ich do Menu – Miasta Potraw, miejsca pełnego ożywionego jedzenia, w którym beztrosko toczy się życie różnorodnych dań. Nie do końca zadowolone z obrotu spraw trio, postanawia jednak zostać w mieście, zarobić nieco środków, aby móc wrócić i spełnić swoje życiowe cele. Pulpa zostaje lodziarką, Kotlet Mielony kopie rowy, a Pan Spaghetti, posiadający fotograficzną pamięć, podejmuje pracę jako policjant-krawężnik. Szybko wpada na trop ogromnej kryminalnej zagadki z morderstwami w tle i za wszelką cenę stara się ją rozwiązać. Nie wie jednak, jak bardzo jest ona niebezpieczna i na jakie ryzyko naraża nie tylko siebie, ale także swoich najbliższych.  

Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili to książka wyjątkowa i mówię to z pełną odpowiedzialnością za swoje słowa. Pełna abstrakcyjnego humoru opowieść o żywym jedzeniu to ironiczna odpowiedź na wszystkie ckliwe romansidła o idealnych ludziach kochających się trudną, acz idealną miłością. Do tego świetnie przemyślany wątek kryminalny sprawia, że ten niecodzienny romans nosi znamiona mrocznej powieści detektywistycznej z wartką, zabawną akcją i zwrotami akcji.  

Za duży plus tej opowiastki uważam dialogi – przemyślane, fajne, naturalne, śmieszne i świetnie oddające charakter poszczególnych potraw. Ogólnie cała charakterystyka bohaterów bardzo dobrze oddaje specyfikę tego, co każdego dnia ląduje na naszych talerzach. I to właśnie, obok oczywiście nienachalnego i abstrakcyjnego humoru, uważam za największy plus tej książki. Bardzo podoba mi się także cały styl, w jakim książka została napisana. Przyjemny, prosty język i niecodzienna stylizacja językowa sprawiają, że książkę czyta się dosłownie w jeden wieczór. 

I to także uważam za małą wadę Pulpy Owocowej i Ostrego Sosu Chili. Dlaczego? Bo jest to książka najzwyczajniej w świecie za krótka. Ledwie sto stron, które bez pamięci pochłaniają, zajmują, nieco za szybko wypluwają i każą pożegnać się z niezapomnianymi bohaterami i całym Menu. Wszystko dzieje się w moim odczuciu nieco za szybko. Chcę więcej! Więcej Pulpy, więcej Spaghetti i więcej Mielonego. Więcej zwariowanych, niecodziennych przygód. I przede wszystkim: więcej Menu. Tego też nieco zabrakło mi w Pulpie. Chciałabym więcej dowiedzieć się o strukturach rządzących miastem, o charakterze życia żywych potraw, o ich codzienności, o wszystkim, co się z Miastem Potraw wiąże. Krzysztof Bonk stworzył coś, co na myśl przywodzi mi literackie uniwersum z Kotku jestem w ogniu Dawida Kaina, jednak nie dopracował tego aż tak dokładnie. A szkoda, bo zapowiadało się na książkę niemal idealną. Łatwo jednak, Panie Autorze, ten błąd naprawić. I wie Pan, co mam na myśli. Więcej Pulpy! 

Jeszcze okładka. Kolejny ukłon w stronę Pani Agnieszki Radziędy. Lepiej bym tych bohaterów sama nie odmalowała! Jestem pod ogromnym wrażeniem talentu i sposobu widzenia świata. Jeszcze raz – gratulacje! 

Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili to książka absolutnie dla każdego czytelnika w każdym wieku. Świetnie się przy niej będą bawić zarówno dzieci, jak i dorośli, obiecuję. Ja sama nie raz zanosiłam się śmiechem lub uśmiechałam pod nosem do jakiegoś dialogu lub ciekawej konstrukcji zdania, a cytatami z książki mogłabym wytapetować sobie pokój. I mam wrażanie, że powieść ta została napisana specjalnie dla mnie, a napisanie książki o żywym jedzeniu nie jest zadaniem łatwym, bowiem można narazić się na zażenowanie czytelnika. Macie wszyscy moje słowo, że w przypadku Pulpy Owocowej nic takiego nie ma miejsca. Jest miejsce tylko na śmiech i bardzo dobrą zabawę. Po stokroć polecam!

Podsumowanie:
Autor: Krzysztof Bonk 
Tytuł: Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili
Strony: zdecydowanie za mało! 
Wydawnictwo: self-publishing
Moja ocena: 8,5/10
2
Podziel się

Przyznaję się. Gdy dostałam propozycję zrecenzowania książki wydanej na zasadzie self-publishing niezwykle się ucieszyłam. I to nie dlatego, że napisał do mnie sam autor wspomnianego dzieła, ale dlatego, że dawno nie czytałam książki, którą mogłabym od góry do dołu krytykować, nie pozostawiając na nieświadomym autorze suchej nitki. Zacierając swoje małe rączki, układałam w głowie krytyczne zdania, które mogłabym w tym celu wykorzystać. Jakże wielkie było moje rozczarowanie, gdy po kilku rozdziałach zorientowałam się, że w tym przypadku będą one kompletnie bezużyteczne. 

Iskry Czasoświatu, bo o nich tutaj mowa, to niekonwencjonalna powieść science fiction nikomu jeszcze nieznanego autora Krzysztofa Bonka (o którym niedługo będzie już głośno). Dlaczego niekonwencjonalna? Ponieważ konstrukcja fabuły nieco odbiega od wszystkich bardziej lub mniej znanych historii w tym gatunku.

Tajemnicze Iskry mieszają w strukturze czasu, przez co przeszłość, przyszłość i teraźniejszość zaczynają się mieszać. Wyrwany ze współczesnego świata biznesmen przeniesiony zostaje do czasów upadku zakonu Templariuszy, pewien jaskiniowiec budzi się we współczesnym świecie na planie filmowym, reżyser kina porno rzucony zostaje do starożytnego Rzymu, a francuska wieśniaczka znajduje się w postapokaliptycznej przyszłości. To jednak nie wszyscy bohaterowie, których poznamy. Wszyscy natomiast są w jakiś niewyjaśniony sposób ze sobą powiązani. Przede wszystkim łączy ich fakt, że zmiana czasoprzestrzeni następuje w momencie, gdy dokonają mordu na swoim poprzedniku, a przeniesienie dokonuje się pod wpływem rozbłysku jasnego światła. I te sny, których żadne z nich nie potrafi zrozumieć...

Z początku jest bardzo ciekawie. Poznajemy bohatera za bohaterem, patrzymy jak jeden za drugim giną z różnych powodów i zastanawiamy się do czego to wszystko zmierza. W pewnym momencie robi się naprawdę chaotycznie i bynajmniej nie po to, aby coś się w końcu wyjaśniło. Czytelnik do końca pozostaje nieświadomy, czym są tytułowe Iskry, jaki jest ich cel i czy w ogóle takowy posiadają. Nie dowiadujemy się również, czym w istocie jest niesamowity, tajemniczy pierwiastek skyrytu i jaka jest jego rola w całości tego czasoprzestrzennego przedstawienia. Ale to naprawdę dobrze. Dlaczego? Ponieważ możemy oczekiwać kolejnej części Iskier! A z tego, co mi wiadomo, konspekt jest już napisany i zapowiada się prawdziwa jazda.

Iskry Czasoświatu przede wszystkim charakteryzuje lekki i łatwo przyswajalny język. Nie muszę chyba po raz kolejny wyrażać swojego zadowolenia z powodu braku pseudopatosu obecnego zazwyczaj w tego typu publikacjach. Krzysztof Bonk pisze niemal tak, jakby opowiadał tę historię przy ognisku, jakby wydarzyła się ona naprawdę, a ja bardzo lubię takie ogniskowe gawędy. Mało tego – uważam, że Iskry Czasoświatu powinny czym prędzej zostać sfilmowane!

Duży plus za okładkę, która tak bardzo odbiega od aktualnych trendów i nie próbuje na siłę być oryginalna. Tym bardziej, że wszystkie wydane przez Krzysztofa Bonka ebooki posiadają okładki wykonane właśnie w takiej technice i stylistyce. Ogromne gratulacje dla Pani Agnieszki Radziędy. Kawał dobrej roboty!

Niektórych pewnie zdziwi, że w ogóle podjęłam się czytania książki z gatunku SciFi, a już na pewno niezwykłą jest tak wysoka ocena. Uważam jednak, że Iskry Czasoświatu to powieść wyjątkowa, z powiewem świeżości i dobrą dawką specyficznego poczucia humoru. Znalazło się tu również miejsce na kilka ciekawych aluzji – do wyłapania dla uważnych czytelników.

Po raz pierwszy nie zakończę recenzji tego typu książki zdaniem: Polecam każdemu miłośnikowi literatury fantastycznej. Nie! Bo Iskry Czasoświatu to książka, którą powinien przeczytać każdy książkowy mól, kolejne czytadło na wysokim poziomie. I niech wstydzi się każde wydawnictwo, które odrzuciło tę pozycję, a ja czym prędzej biorę się za kolejną książkę Krzysztofa Bonka. Pulpa Owocowa i Ostry Sos Chili zdaje się mieć wszystko to, co najbardziej w książkach uwielbiam. Ale nic więcej jeszcze nie zdradzę.

Podsumowanie:
Autor: Krzysztof Bonk 
Tytuł: Iskry Czasoświatu
Strony: – 
Wydawnictwo: self-publishing
Moja ocena: 6,5/10
6
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • [PRZEDPREMIERA] Fragment powieści „Bezsenni” Marcina Jamiołkowskiego!
    W stolicy wybucha seria tajemniczych pożarów. W dziwny sposób łączą się one z niezwykłym błękitnym płomieniem, który nawiedza sny młode...
  • …Śmierć nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii – „Modyfikowany węgiel” [recenzja]
    Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wsz...
  • Nikt tak naprawdę nie dorasta – „Magiczne Lata” [recenzja]
    Nie śpiesz się do dorosłości. Staraj się pozostać chłopcem tak długo, jak to tylko możliwe, bo gdy raz stracisz moc magii, pozostaniesz...
  • ...a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej – „Dygot” [recenzja]
    Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni. Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uc...
  • Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok – „Flu Game” [recenzja]
    Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo pr...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates