białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje

Nie oszukujmy się – Marta Kisiel kojarzy nam się głównie z aniołkami, bamboszkami i różowymi króliczkami, z wyjątkowym humorem i urokiem, za który pokochaliśmy ją bez granic. O dramatach pisać łatwo, trudniej być pisarzem inteligentnym i zabawnym, nie popadając przy tym w śmieszność. Marcie się to udało. Bez dwóch zdań. Jednak Pierwsze Słowo udowadnia nam, że Kiśl to nie tylko jej różowy pierdolec i mistrzowskie operowanie słowem. Ten zbór jedenastu opowiadań pokazuje, że Marta Kisiel nie jedną twarz ma, a jej wyobraźnia jest nieskończona. 

Zbiór otwiera opowiadanie „Rozmowa dyskwalifikacyjna”, które choć zabawne, absurdalne i zaskakujące, niesie ze sobą też smutny obraz rzeczywistości – rynku pracy, na którym panuje niekończący się wyścig szczurów, w którym ważny jest młody wiek i milion lat doświadczenia. Całą tę sytuację Ałtorka opisuje z typowym dla siebie lekkim komizmem. Bawi niezmiernie, aby za chwil kilka przenieś nas – niczego nieświadomych czytelników – w duszny, mroczny i martwy zaświat. Towarzyszymy w nim zrozpaczonej matce, która pragnie dostać się do świata zmarłych i wydostać z niego swoją córkę. „Katabasis” to opowiadanie dotykające dość popularnego w literaturze tematu, czerpie z greckich mitologii i wierzeń, ale robi to w sposób niezwykle subtelny i poetycki. Stawia więcej pytań, niż pozostawia odpowiedzi. Ogólnie niejednoznaczność jest cechą charakterystyczną większości opowiadań w Pierwszym Słowie. 

Następnie Ałtorka zabiera nas tam, gdzie wszystko się zaczęło – do upiornego domu z gotycką wieżyczką, z zakatarzonym aniołkiem w bamboszkach i innymi stworami. „Dożywocie” pierwotnie było bowiem opowiadaniem, na kanwie którego postała wpierw jedna, a później kolejna książka. A to przecież nie koniec! Kolejnym etapem naszej podróży okazuje się burdel, ładnie nazwany „przybytkiem”. A Kisiel by Kiślem nie była, gdyby ów burdel był zwykłym burdelem. Co to, to nie! Postanowiła więc ów przybytek nawiedzić. I to nie przez byle kogo, bo przez ducha, którego cechuje niezwykła cnotliwość i moralność. Aż chciało by się tam dłużej zabawić, pośmiać się jeszcze i nadziwić...

Tymczasem Ałtorka ma wobec nas zupełnie inne plany. I nie przesadzę, jeżeli powiem, że to właśnie po „Nawiedzinach” rozpoczyna się prawdziwa jazda bez trzymanki. Prawdziwe 50 twarzy Marty Kisiel, która snuje przed nami mroczną i przygnębiającą wizję świata, który choć z pozoru niemożliwy, to jakoś tak nieprzyjemnie znajomy. Świata rządzonego przez korporacje, diety i inne modne fitnessy. Świata, w którym tak przyziemna rzecz jak śmierć, pozostaje całkowicie niezauważalna. „Przeżycie Stanisława Kozika” to pierwsze opowiadanie w zbiorze, które naprawdę daje do myślenia i pozostawia czytelnika z wszędobylskim uczuciem niepokoju. To pierwsze opowiadanie, które pokazuje zupełnie innego Kiśla – mrocznego, mocnego i złowieszczego, wciąż jednak operującego lekkim słowem pisanym i charakterystyczną nutką humoru. 

Tych cech nie odnajdziemy już w „Jadeicie” – rasowym horrorze godnym Edgara Allana Poe, horrorze z trupem i duchem. I z erotyczną scenką początkową, niemal jak u Lovecrafta. Kolejne twarze Kiśla do kolekcji. Marta przeraża, szokuje i niepokoi i ani myśli przestać. „Miasto Motyli i Mgły” to ocierająca się o realizm magiczny opowieść o pewnym chłopcu, który w zaskakujący sposób łamie serca. 

W tym momencie na chwilę zwolnimy tempo. Ałtorka postanowiła dać nam chwilę wytchnienia i na chwilę znów nas rozbawić. „W zamku tej nocy” to przezabawna wariacja wokół klasycznego romantycznego dramatu, wokół Szekspira, Słowackiego, Mickiewicza. „Szaławiła” natomiast znów zabiera nas do magicznego świata Lichotki (a raczej tego, co z niej zostało). Oda w towarzystwie Bazyla gwarantuje niesamowitą zabawę i kupę śmiechu. Ale Kiśl stał się starym dobrym Kiślem tylko na chwilę. 

Dwa ostatnie opowiadania uważam za najlepsze. „Cały świat Dawida” chyba najbardziej przypadł mi do gustu, bowiem styl nasuwał mi na myśl Rafała Cuprjaka. Z resztą nie tylko styl, bowiem także historia, ponura i przykra opowieść o niespełnionych ambicjach, o przytłaczającej szarej rzeczywistości i ludzkich słabościach była dość „cuprjakowa”. 

O ostatnim, tytułowym opowiadaniu nie powiem zbyt wiele, bo na samo wspomnienie zbiera mi się na płacz. To nie jest tak, że czytając „Pierwsze Słowo”, łezka zakręciła mi się w oku ze wzruszenia. Nie. Po skończonej lekturze płakałam jak bóbr przez dobre pół godziny. To niesamowite opowiadanie przeraża, zasmuca, wręcz poniewiera emocjonalnie, pozostawiając czytelnika ze zwyczajnym, najczystszym smutkiem i pustką. 

Wszystkie opowiadania w zbiorze łączy tak naprawdę motyw śmierci, co wyjaśnia tę przepiękną, zachwycającą okładkę stworzoną przez Tomasza Majewskiego. Ale nie tylko śmierć charakteryzuje Pierwsze Słowo. Wszystkie nowe opowiadania (bo niektóre powstały już wcześniej i gdzieś kiedyś publikowane były) łączy tematyka relacji rodzic-dziecko i wszystkiego, co z tą niejednokrotnie trudną relacją związane. I mam wrażenie, że ma to jakiś związek z faktem, że Kisiel na przestrzeni tych lat sama matką się stała. Jak wiele jest więc rzeczywistości w tych opowiadaniach fantastycznych? Ile prawdy i ile w tym wszystkim prawdziwego Kiśla? Boję się na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. 

Każde z opowiadań utrzymuje wysoki poziom, a różnorodność tematyczna i gatunkowa podkreśla wyjątkowy kunszt Ałtorki. Moje ochy i achy pod adresem języka i stylu Marty Kisiel chyba nigdy się nie skończą. Teraz do tego mogę dorzucić jeszcze zachwyt nad nieskończonością jej wyobraźni oraz uniwersalność tematyczną i gatunkową. 

Pierwsze Słowo pokazuje, że Marta Kisiel umie nie tylko w humor, bamboszki i różowe króliki. Udowadnia, że Marta Kisiel to nie tylko mistrzyni słowa, języka i różnorodnych z nimi zabaw. Pierwsze Słowo to nieco inny Kisiel – dojrzały, pesymistyczny, szokujący i skłaniający do refleksji. Ja tego Kiśla całą sobą kupuję i jeżeli dalej ma to tak wyglądać, to Ałtorka może sobie ciągle „nie umieć w opowiadania”. A ja nadal fanką opowiadań nie będę. 

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel 
Tytuł: Pierwsze Słowo
Strony: 320
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 11/10
6
Podziel się

Ach, co to były za Targi... Trzeci raz już miałam możliwość uczestniczenia w Krakowskich Targach Książki i nie przesadzę, jeżeli powiem, że były to najlepsze ze wszystkich. Wycisnęłam z nich wszystko co się dało i jeszcze trochę na dokładkę. Ale po kolei. 

Na samym wstępie chciałabym podziękować swojemu Mężowi, który na te trzy dni został sam (!) z Pokurczem i zajął się nim wzorowo. Ba! Nawet pranie wstawił i obiady gotował! Jestem z Ciebie dumna, kochanie i bardzo Ci dziękuję. Kolejną osobą, bez której ta wycieczka by się nie udała jest Adrian, który przyjął mnie pod dach na te 3 dni, dotrzymywał mi towarzystwa, karmił mnie, poił i niezmiernie rozbawiał. Dziękuję Wam chłopaki za wszystko, bez Was to wszystko byłoby niemożliwe. 

Dziękuję Wojciechowi Klęczarowi za książkę z wyjątkową dedykacją (moje życie na pewno usłane będzie sukcesami), za uroczy wieczór w Pierwszym Lokalu na Stolarskiej oraz za pokazanie nam świetnego klubu, w którym co prawda było karaoke, jednak wcale nie już nie takie świetne. Dziękuję także Kasi, która towarzyszyła nam do samego końca (gdzieś tak około 4:00 rano!). Przypadkowe spotkania są zawsze bardzo owocne i zapamiętam ten wieczór do końca życia.

A teraz już Targi, które w tym roku rozpoczęło wyjątkowe spotkanie z jednym z moich ulubionych pisarzy skandynawskich – Thomasem Eriksonem. Niezapomniane 15 minut, podczas których wzajemnie sobie dziękowaliśmy, tuliliśmy się i znów sobie dziękowaliśmy. Cieszę się, że udało mi się wywołać łzy wzruszenia, przynosząc „taaaaakie stare książki” (seria thrillerów z Alexem Kingiem). Niesamowite spotkanie, niesamowity człowiek. Zapamiętam ten dzień do końca swojego życia.

Później nadszedł czas na poszukiwanie szatni. Borze Tucholski, choć miałam ze sobą mapę i pytałam mnóstwa ludzi o drogę, wciąż kręciłam się w kółko, nie mogąc znaleźć tego magicznego miejsca. I tak przez pół godziny... Z jednej strony przebycie całej hali w zimowej kurtce nie jest najlepszym pomysłem, z drugiej jednak usunięcie szatni z głównego holu dało dużo więcej miejsca dla chcących dać wytchnienie zmęczonym nogom. Jak dla mnie pomysł trafiony!

Oddawszy kurtkę do szatni ustawiłam się w kolejce do Jakuba Małeckiego (a nie była to kolejka z rodzaju tych krótkich), który okazał się być bardzo miłym i skromnym facetem (z wyjątkowo poważnym poczuciem humoru!). Dziękuję za podpisanie wszystkich książek oraz za nadzwyczajną dedykację w Dygocie. Pozostań zawsze tak niezwykle zwyczajny.

Z tego miejsca pragnę podziękować także Wydawnictwu SQN, za świetną promocję „3 za 2”. Dzięki Wam kupiłam zdecydowanie więcej książek niż planowałam i to właśnie u Was zostawiłam większość swoich pieniążków. Nie żałuję ani grosika! Stworzyliście na swoim stoisku niesamowitą atmosferę, przez którą ciężko mi było w ogóle stamtąd odejść. Świetna robota!

Do Kiśla ledwo się zdążyło, ale się zdążyło! Kiśl jak obiecał, tak zrobił – nie zapomniał mnie już i poznał już z daleka. Marta, Tobie to nawet nie wiem, za co mam dziękować, musiałabym stworzyć chyba osobny post dziękczynny. Zatem w skrócie: za wszystkie książki, dzięki którym odrywam się od rzeczywistości, za to, że dzięki Tobie uwierzyłam kilka lat temu w polską literaturę współczesną i za wszystkie dobre rady dotyczące oswajania Pokurcza z czytaniem. I oczywiście za plakat, który dumnie zdobi ścianę w mojej sypialni, więc cudownie magiczna okładka Pierwszego Słowa jest zwykle pierwszym, co widzę, gdy otwieram oczy. Wielkie dzięki i do zobaczenia, mam nadzieję, za rok! Możliwe, że wtedy nie zapomnę już zabrać ze sobą syna :)

Aneta Jadowska. Tu będzie krótko. Jeszcze nie zapoznałam się z Twoją twórczością (shame on me!), ale już się obkupiłam i przebieram nóżkami, czekając aż nadejdzie Twoja kolej. Tylko proszę, pomóż mi rozszyfrować tę dedykację, coś mi na szybko skrobnęła, szalona kobieto! Dzięki <3

Kolejne podziękowania wędrują do Janka i jego fantastycznej Małżonki za zorganizowanie niezapomnianego wieczoru i, oczywiście, za prezent dla Dexterka. Od kilku dni moje dziecko potrafi siedzieć w pokoju i przez dwie godziny wrzuca kredki do pudełka, wyciąga kredki z pudełka, próbuje malować kredkami po wszystkim, co go otacza, aby potem znów wrzucić je do pudełka. Ja nigdy tak czysto w domu nie miałam! Jesteście niesamowici, a atmosfera, którą tworzycie sprawia, że miałam ochotę z Wami zamieszkać :) I oczywiście za podpis najsłynniejszego krakowskiego trupa, co to o poranku wypływa.
Agnieszko, dziękuję za polecenie mi kilku naprawdę świetnych tytułów dla Pokurcza. Dziękuję za towarzystwo i miłe rozmowy. Uściskaj ode mnie swoje pociechy! Chciałabym także podziękować wszystkim, którzy też tam byli, a których imion niestety nie zapamiętałam (nigdy nie miałam do tego zdolności, a było Was naprawdę sporo). DZIĘKUJĘ!



Niedziela upłynęła już na spokojnym przemierzaniu stoisk i kupowaniu prezentów dla całej rodziny. Przede wszystkim jednak dla Pokurcza Pierworodnego, którego targowy stosik nieco przerósł mój! Co prawda kredki od Janka wywołały dużo większą ekstazę niż kolorowe książeczki z kartonu, ale i tak było warto. W jednej książeczce Dex znalazł obrazek z kaczką i gapi się w niego, uderzając palcem i krzycząc na pół osiedla „kwa, kwa, kwa”. A spróbować mu tylko tę stronę przerzucić... Kwa! I kropka.

Na koniec chciałabym jeszcze podziękować pracownikom stoiska Tania Książka za wspaniałe prezenty – kubek, torby i masę zakładeczek. Nie spodziewałam się tego, a już na pewno nie w takich ilościach. Dzięki śliczne.

W tej relacji wielokrotnie padły słowa: „niezapomniany”, „niezwykły” oraz „dziękuję”. I to niech będzie jedyne podsumowanie tych dwóch intensywnych dni.
Do zobaczenia za rok! Mam nadzieję, że z wieloma z Was poocieram się jeszcze w dusznych i głośnych halach EXPO Kraków.
Słowo i Poezja!
Cześć! 
0
Podziel się

Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni.

Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uciekającą z Polski Niemkę, a wkrótce po tym rodzi mu się syn – biały, bezbarwny odmieniec. Córka Bronka Geldy zostaje natomiast przeklęta przez Cygankę, której ten poskąpił pieniędzy. Tragiczne losy tych dwóch rodzin krzyżują się ze sobą za sprawą wielu zawirowań losu i ludzkich słabości. Od początku wiadomo jednak, że miejsca na szczęśliwe zakończenie tutaj nie ma. Jednak czy w Dygocie Jakuba Małeckiego w ogóle jest miejsce na jakiekolwiek zakończenie? 

Zachęcona porównywaniem Małeckiego do Wiesława Myśliwskiego i Olgi Tokarczuk oraz piękną, elektryzującą okładką (a jakże!) postanowiłam w końcu sięgnąć po Dygot, który już niejednokrotnie zerkał na mnie z księgarnianych półek. Czy spełnił moje oczekiwania? I tak, i nie. Ale od początku.

Każdego wieczoru stojący za stodołą wiśniowy smok podpalał słońce schodzące powoli z nieba. W rogu podwórka zardzewiały paszczarz zabierał się do gryzienia ziemi stalowymi kłami. Ożywał wiszący w stodole wąż – owijał się wokół krokwi i pożerał biegające w sianie myszy. Na poddaszu domu karły tańczyły ze sobą w milczeniu, szurając maleńkimi stopami. W studni budził się chichoczący skrzat, który za dnia ze znudzeniem powtarzał tylko obce głosy. Po polach biegały czarne potwory bez głowy, ale o setkach palców. Za drzewami ukrywały się chude istoty, których języki szeleściły o suche podniebienia. Milczący i bardzo wysoki starzec dziurawił niebo srebrną szpilką.

Gdy zabrałam się za lekturę Dygotu miałam wrażenie, że będzie to jedna z tych prostych opowieści, które ciągną się i ciągną i w sumie mogłyby nigdy się nie skończyć. Jedną z tych opowieści, którą pochłania się jednym tchem. Jedną z tych historii z życia wziętych, które po prostu się toczą tak, jak toczy się życie. Opowieścią taką, jak Profesor Stoner – o wszystkim i o niczym, o życiu, namiętnościach, wzlotach, upadkach, o ludziach. I tak zaiste było.

Małecki umiejscawia swoją powieść na przestrzeni kilkudziesięciu lat – od 1938 roku, tuż przed wojną, aż po XXI wiek. Bohaterowie żyją w czasach gwałtownych przemian i ogromnego postępu technologicznego, który autor subtelnie, aczkolwiek dosadnie akcentuje: pierwsze radio, samochody, telewizory, lądowanie człowieka na Księżycu... Na tle tych wszystkich historycznych zawirowań dzieje się życie zwyczajnych ludzi, życie pełne dramatów, cierpienia, miłości, pijaństwa, wiary, zabobonów, potańcówek, seksu, przemocy, dorastania. Wszystkiego tego, co tak naprawdę na co dzień wypełnia życie każdego z nas. ...a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej.

Zawsze zawstydzony, zawsze jakby obok ludzi, obok życia, obok samego siebie. No dobrze, był biały, był inny, ale wcale nie aż tak biały i nie aż tak inny. Poradziłby sobie. Mógł normalnie. Mógł wszystko normalnie.
Ale nie. On musiał mówić po swojemu, łazić po swojemu, myśleć po swojemu. Musiał dawać się bić tym pieprzonym łobuzom, którym gdyby chciał, mógłby łby poukręcać. Musiał cierpieć, męczyć się, unikać dziewczyn, unikać kolegów, unikać wszystkiego, czego da się unikać. Musiał być jakiś zasranym jękiem świata, jakby ten świat potrzebował jeszcze jednego jęku, jakby nie miał ich już wystarczająco dużo.

Wiele lat, kilka pokoleń, wiele osobnych historii, które w jakiś sposób łączy postać Wiktora Łabędowicza, dotkniętego albinizmem syna Ireny i Jana. To on stanowi, w moim odczuciu, trzon tej historii. Uważany za odmieńca, od urodzenia wycofany, odosobniony, przeklinany i gnębiony przez nietolerancyjnych mieszkańców prowincji Wiktor stara się jak może, aby żyć normalnie. Jednak bycie aż tak innym w tak specyficznym środowisku nie jest łatwe. Nie jest chyba w ogóle możliwe, bo jesteś krzyk, jesteś dygot, jesteś kropla w rzece.

Emilia Gelda, jako mała dziewczynka zostaje poparzona w wyniku wybuchu granatu i od tego czasu co wieczór modli się o gładką skórę. Okaleczona później już kobieta boi się nagości, boi się mężczyzn, boi się, że do końca życia będzie sama. Zwykłe życie połączy ją z Wiktorem, aby wiele lat później ich jedyny syn Sebastian rozwikłał rodzinną tajemnicę sprzed lat. 

Bardzo ważnym elementem świata przedstawionego jest słowo. Zarówno to pisane, jak i to mówione. To właśnie słowa Niemki sprawiają, że Jan Łabędowicz obwinia się o bezbarwność swojego syna. Słowa Cyganki sprawiają, że Bronek Gelda obwinia się o pożar, w którym poparzona została jego córeczka. To właśnie słowa ludzi sprawiają, że Wiktor czuje się, jakby był nienormalny. To właśnie słowa księdza rzucone z ambony sprawiają, że chłopi pragną dopaść pełzającego między nimi węża. To właśnie słowa, od czytania których uzależnia się Irena sprawiają, że zaczyna ją nudzić zwykłe, normalne życie. To właśnie słowa, codziennie podlewane goryczą i niepowodzeniami determinują wybory i decyzje bohaterów. W Dygocie słowo ma niezwykłą moc. 

Równie istotna jest tutaj rola Boga. Boga, którego Emilka codziennie prosi o gładką skórę, a jej słowa giną gdzieś w niezmierzonej pustce. Boga, którego niewybrednymi słowami wyzywa i przeklina Sebastian, a jego słowa tylko niosą się echem po pustej świątyni. Boga, którego w świecie stworzonym przez Jakuba Małeckiego chyba w ogóle nie ma. 

Irena popadała w nałóg. Kiedy Janek nauczył ją czytać, rzuciła się na książki z taką żarłocznością jakby lata czytelniczej abstynencji wytworzyły w niej uczucie głodu, którego nie sposób zaspokoić. To co robiła nie było nawet czytaniem – odurzała się i popadała w obłęd. Ugniatała rzeczywistość jak ciasto i formowała z niej światy.

Jeżeli chodzi o realizm magiczny, który często przypisuje się tej powieści – może gdzieś z boku się pojawia, może gdzieś ktoś o ten magiczny realizm się ociera, jednak jest to bardziej takie ludzkie i naturalne ocieranie się o to, co nadnaturalne, to co gdzieś głębiej, gdzieś pod spodem, o to, co rozmyte. W moim przekonaniu jednak Dygot nie jest książką, którą można wpisać w nurt realizmu magicznego. W ogóle ciężko mi ją wpisać w jakikolwiek nurt. Ale mniejsza o terminologię... 

To, co bez wątpienia w Dygocie jest magiczne, to język. Niezwykle plastyczny, subtelny, dosadny i autentyczny. Po prostu piękny. Opowieść płynie, toczy się i faluje, jak ta opowiastka słuchana nad ranem przy gasnącym ognisku. I jeszcze dialogi, które idealnie oddają charakter nie tylko bohaterów, ale całej polskiej prowincji tamtych czasów. Majstersztyk! Jest to moje pierwsze spotkanie z Jakubem Małeckim, ale na pewno nie ostatnie. Ten lekki, magiczny a zarazem prawdziwy styl mnie kupił. W całości. Bez żadnego „ale”. 

Ciężko jest także jednoznacznie powiedzieć, o czym właściwie jest Dygot, bo jest to książka całkowicie niejednoznaczna. Mam jednak cichą nadzieję, że nie jest o wszystkim, czym jest nasze życie, bowiem byłoby to niezmiernie smutne.

Życie to jest jeden, wielki dygot.

Podsumowanie:
Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Dygot
Strony: 312
Wydawnictwo: SQN
Moja ocena: 9,5/10

Ja wiem, że dużo cytatów. Ja wiem. Ale najchętniej to przepisałabym tutaj większość książki. I tak starałam ograniczyć się do minimum i wybrać te najlepsze.
Słowo i Poezja!
Cześć! 
0
Podziel się

Sekrety to kłopot,może największy kłopot ze wszystkich.Obciążają umysł i zajmują miejsce na świecie.

Jak byś się zachował, gdybyś miał władzę nad światem i za pomocą jednego gzika mógł wywołać niebotyczne pożary w Grecji, wysadzić w powietrze Azję lub na przykład... cały glob? Co byś zrobił, mając nieograniczoną władzę nad światem, mogąc w każdej chwili zabawić się w Boga? Czy potrafiłbyś żyć z taką odpowiedzialnością, mając zaledwie dwanaście lat? Gwendy Peterson nie miała wyboru... 

Castle Rock to miasteczko, które nie miało łatwo. Wpierw seryjny morderca (Martwa Strefa), później doniesienia o wściekłym, morderczym psie (Cujo). Mimo to mieszkańcy żyli sobie dalej, aż do 1991 roku, kiedy to Stephen King postanowił zakończyć ich żywot i w Sklepiku z Marzeniami zrównał Castle Rock z ziemią. Choć miało to definitywnie zakończyć przygodę z tym fikcyjnym uniwersum Kinga, autor wciąż wspominał je, a to w Historii Lisey, a to w Grze Geralda. Zarówno jemu, jak i czytelnikom ciężko było rozstać się z tym misternie wykreowanym światem. Jakże wielka była moja radość, gdy dowiedziałam się, że tajemniczy projekt Kinga dotyczy właśnie Castle Rock. I to Castle Rock sprzed tych tych niszczycielskich tragedii, Castle Rock z roku 1974... 

Nie będę kłamać – nie jestem fanką krótkich form literackich, szczególnie tych w wykonaniu Stephena Kinga. Są oczywiście wyjątki, takie jak nieśmiertelne dla mnie Ciało czy Mali ludzie w żółtych płaszczach, jednak zdecydowanie wolę opasłe tomiszcza, którym bliżej do Pod Kopułą czy To. King jest mistrzem rozpisywania się, jednak Pudełko z Guzikami Gwendy stworzył do spółki z Richardem Chizmarem – dla odmiany mistrzem opowiadań. Zdecydowanie widać w tym tekście jego rękę, która hamowała zapędy Stephena Kinga. Co ciekawe, współpraca tych dwóch panów była całkowicie niezamierzona. King zadzwonił do Chizmara, aby powiedzieć mu, że utknął w trakcie pisania opowiadania, ten postanowił pomóc i tak oto powstał wspólny projekt zatytułowany Pudełko z Guzikami Gwendy.

Gwendy Peterson to zwyczajna nastolatka, która boryka się z nadwagą. Codziennie więc wbiega na Schody Samobójców i ogranicza ukochane słodycze. Pewnego słonecznego dnia spotyka tajemniczego Pana Farrisa, który wręcza jej zagadkowe pudełko z guzikami, a wraz z nim ogromną odpowiedzialność. Pudełko to bowiem jest w stanie zniszczyć w ułamku sekundy nie tylko cały kontynent, ale także cały świat. W zamian każdego dnia można wyciągnąć z niego przepyszną czekoladkę, a czasem nawet bardzo wartościową monetę. Ma to stanowić rekompensatę za odpowiedzialność, która ciąży na aktualnym właścicielu pudełka.

Obserwujemy życie Gwendy, jej porażki i sukcesy. Patrzymy, jak z zakompleksionej nastolatki staje się piękną, odnoszącą sukcesy świadomą kobietą. Na ile jednak jest to jej zasługa, a na ile magicznej mocy pudełka? Gwendy przez całe życie będzie zadawać sobie to pytanie. Pewnego dnia ponownie zjawia się Pan Farris w swoim dziwnym kapeluszu i ściąga z Gwendy ten ciężar, aby przekazać pudełko następnemu właścicielowi. Może będziesz nim właśnie Ty? Bo pudełko przecież wciąż gdzieś krąży...

Pudełko z Guzikami Gwendy to opowiadanie, które skupia się tylko na jednej bohaterce. Po raz kolejny Stephen King ukazuje siłę kobiet, stawiając im swoisty pomnik. Powrót do Castle Rock mnie zachwycił i spełnił moje oczekiwania związane z tym miasteczkiem, jednak czegoś w tym wszystkim zabrakło. Jest to jednak odczucie, które pojawia się u mnie prawie zawsze, gdy mam do czynienia z opowiadaniami.

Jest jeszcze jedna rzecz. O ile opowiadanie samo w sobie jest dobre, to jego wydanie wydaje się być małym oszukaństwem. Niby 174 strony, a czytania w sumie na jedną godzinę. Książka wydaje się obszerna, jednak wydrukowana została na papierze o nieco większej gramaturze niż standardowa, obudowana w grubą okładkę i obwolutę, która dodatkowo optycznie ją powiększa, zastosowano także większą interlinię i ramki na każdej stronie. Ponadto w środku znajduje się wiele ilustracji (bardzo dobrych swoją drogą) autorstwa Keitha Minniona. Kolejne dodatkowe strony. Całą książkę zapakowano do grubego pudełka, dzięki czemu zyskała wygląd egzemplarza kolekcjonerskiego. Taka też była jego cena. Muszę przyznać, że Pudełko z Guzikami Gwendy jest pięknie wydaną książką, jednak sięgając po nią na księgarnianą półkę, warto mieć świadomość, że jest to jedynie opowiadanie, które pochłonie nas na maksymalnie dwie godziny, a zapłacić za nie trzeba jak za pokaźnych rozmiarów powieść.

Pudełko z Guzikami Gwendy nie znajdzie się na liście moich ulubionych opowiadań. Było dobre, skłoniło mnie do refleksji, na chwilę pozwoliło wrócić do magicznego Castle Rock, jednak jest to historia, która wpada i wypada. I nie wiem, czy będę chciała kiedyś do niej wrócić.

Podsumowanie:
Autor: Stephen King, Richard Chizmar
Tytuł: Pudełko z Guzikami Gwendy
Tłumaczenie: Danuta Górska
Strony: 174
Wydawnictwo: Albatros
Moja ocena: 6/10 (+1 za piękne wydanie)

A ja już drżę na myśl o serialu Castle Rock, który niebawem pojawi się na platformie HBO. Tak bardzo nie mogę się doczekać! 


0
Podziel się

Nie wiem, co sobie myślałam, gdy biorąc w dłonie Toń Marty Kisiel, oczekiwałam, że będzie to zwyczajny kryminał z historycznym tłem. O, ja głupia! Przecież za samo użycie słów „zwyczajny” i „Marta Kisiel” jednym zdaniu, powinna mnie spotkać powolna śmierć w męczarniach i samotności albo przynajmniej bardzo, ale to bardzo surowa kara. Kilka rozdziałów zweryfikowało moje oczekiwania. Nie umarłam jednak straszną śmiercią i nie cierpiałam wcale. Bawiłam się za to wybornie! 

Rodzina Sternów nie należy do tych zwyczajnych rodzin, które uśmiechają się do siebie podczas rodzinnych obiadów. Najprawdopodobniej w ogóle takowych nie jadają. Rodzina Sternów dodatkowo nietypowo składa się z trzech panien: Eleonory, Justyny i stojącej na ich straży, nieco paranoicznej ciotki Klary. Ciotka Klara, poza brzęczącą biżuterią, szeregiem fobii i szeroko pojętym pierdolcem, posiada także trzy zasady, których pod żadnym pozorem nie można złamać. Pod żadnym pozorem! W myśl jednej z nich, gdy wybiera się na wycieczkę, ściąga do Wrocławia bezbłędną, temperamentną i narwaną Justynę, która trzy lata wcześniej wyjechała w poszukiwaniu dorosłości i spokoju. Ta z kolei, łamiąc jedną (a później także i kolejne) z zasad, ściąga na wszystkich lawinę nieszczęść, a lawina odkrywa skrzętnie skrywane i naprawdę mroczne tajemnice rodziny Sternów. Tajemniczości całej historii dodaje także fakt, że już na samym początku powieści, na powierzchnię jeziora wypływa całkiem martwe ciało Mądrzywołka, obojętne na uroki budzącego się do życia dnia...

Toń to nie tylko ciekawa i porywająca historia, ale także wspaniała galeria osobliwych osobowości, bohaterów z krwi i kości. Na pierwszy plan wysuwa się oczywiście szalona Dżusi ze swoim zapałem i nietuzinkowym wyglądem. W ślad z nią podążają równie nieprzeciętne Eleonora i ciotka Klara. Wszystkie trzy są tak od siebie różne, że aż iskrzy, a jednocześnie posiadają o wiele więcej wspólnego, niż każda z nich chciałaby przyznać. Do tego szalonego korowodu dołącza tajemniczy, czarujący i budzący prawdziwy lęk antykwariusz Ramzes, niemniej czarujący zegarmistrz Gerd oraz niesamowita i ciepła starsza pani – Matylda. Nie do końca szarą codzienność sióstr ubarwiają także sąsiadki Bimbowe oraz jamnik. Każda, nawet poboczna postać, wnosi do tej opowieści coś od siebie. Coś, bez czego ta niezwykła historia nie mogłaby istnieć. 

Nie. Toń nie tylko nie ma nic wspólnego ze zwyczajną książką. Prawdę mówiąc, również o kryminał tylko się ociera. Historia rodziny Sternów pełna jest nadprzyrodzonych postaci i sytuacji nie z tego świata. Marta Kisiel wiele razy mówiła, że tym razem pisze coś „na serio”. Bałam się, że będzie za bardzo „na serio”, że zabraknie tego, co w książkach Ałtorki porywa najbardziej – przerysowania, ironicznych komentarzy, dosadnych dialogów i przede wszystkim humoru. Nie zabrakło. Niczego nie zabrakło. 

I choć wydawać by się mogło, że Toń to powieść łatwa i przyjemna, to tak naprawdę pod pledem utkanym z humoru i ozdobionym groteską, Marta Kisiel porusza tematy ważne i niełatwe. Tematy dotyczące relacji międzyludzkich, więzi tych najsilniejszych, bo rodzinnych – tym silniejszych, im bardziej na pozór niedoskonałych. Mówi o trudach codziennego życia i próbach poradzenia sobie z bolesną przeszłością i traumami. A to wszystko napisane w taki sposób, że kąciki ust mimowolnie podnoszą się do góry, wartka akcja nie pozwala nawet na odrobinę nudy i w końcu książkę „wciąga się” w dwa wieczory. Nie zabrakło też, i to ucieszyło mnie nad wyraz, kilku smaczków dla wielbicieli Kiślowersum, ciekawej historycznej nutki oraz mistrzowskiego operowania i zabawy słowem. Żaden bowiem współczesny pisarz nie posiada takiego wyczucia języka, jak Marta Kisiel. I nie ukrywam, że każde przekleństwo użyte w tej powieści, było dla mnie gratką i rarytasem, bo użyte zostało właśnie tam, gdzie użyte być miało. 

Po raz kolejny sięgnęłam po książkę Marty Kisiel napalona jak szczerbaty na suchary i po raz kolejny się nie zawiodłam. To pozycja bezsprzecznie obowiązkowa. I to nie tylko dla fanów szalonego pierdolca Marty Kisiel. Ja, zgodnie z życzeniem Ałtorki, utonęłam. Całkowicie. 

Podsumowanie:
Autor: Marta Kisiel 
Tytuł: Toń
Strony: 316
Wydawnictwo: Uroboros – GW Foksal
Moja ocena: 10/10





0
Podziel się

Remigiusz Mróz – pisarz, którego chyba już nikomu przedstawiać nie trzeba. Pisarz, który ma wiele imion. Okrzyknięty bowiem został już Leonardem Da Vinci polskiego kryminału (seria z Komisarzem Forstem), Johnem Grishamem na gruncie literatury sądowej (seria z Chyłką) czy polskim Stephenem Kingiem (Czarna Madonna). Dziwi mnie niemal, że jeszcze nie spotkałam się z określeniem go współczesnym Lemem czy Sienkiewiczem, bo przecież w tych gatunkach też zaistniał. Niewątpliwie jednak wszystko, czego dotknie się ten młody prawnik z Opola, zamienia się niemal w złoto. Tłumy blogerów podnoszą swoje ochy i achy, wciąż chwaląc i adorując Mroza, a książki znikają z księgarnianych półek w zastraszającym tempie. 

Niektórzy go lubią, inni odnoszą się w stosunku do jego prozy raczej neutralnie, inni natomiast, nie rozumiejąc do końca fenomenu pisarza, otwarcie go krytykują. A ja? Po lekturze serii z Forstem i Kasacji byłam nastawiona raczej sceptycznie. Nie porwały mnie też inne książki Mroza, wciąż pozostawiając mnie w głębokim niezrozumieniu jego popularności – pisarz jak pisarz, książka, jak książka. Ot co. Aż do momentu, gdy w moje ręce wpadł Behawiorysta – thriller, który naprawdę mnie wciągnął, pochłonął, zachwycił i porwał jak ogromny rollercoaster, o którym wspominała Katarzyna Bonda przy okazji lektury Kasacji (choć w przypadku tej książki porwana się nie czułam). 

A teraz to. Bum! Wielkie Buum! W moje ręce przypadkowo wpada rzekome „polskie House Of Cards” (Remigiusz, zawsze! porównują Cię z najlepszymi) – pierwsza część serii W kręgach władzy, czyli Wotum nieufności, czyli absolutnie genialne political fiction. I z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że ta powieść to swoiste novum na polskiej scenie literackiej.

Wotum nieufności otwiera pozornie niewinna scena, w której Daria Seyda, marszałek sejmu, budzi się w hotelowym pokoju, nie wiedząc, gdzie się właściwie znajduje i jak tu trafiła. Nie pamięta w ogóle wydarzeń minionej nocy. Jednak to, co wydarzy się w przeciągu najbliższych kilku godzin, nie pozostawi kobiecie czasu na przeprowadzenie śledztwa i przewróci jej życie do góry nogami.  Tym czasem wschodząca gwiazda polskiej polityki Patryk Hauer trafia na trop ogromnego spisku, w który najprawdopodobniej zaplątane są osoby z najwyższych kręgów władzy.

Remigiusz Mróz po raz kolejny sięgnął po gatunek, którym wcześniej się nie parał i po raz kolejny odniósł sukces. Stworzył genialny świat pełen brudnej polityki, intryg i różnorodnych, pełnokrwistych i ambitnych bohaterów. Co ciekawe, żaden z nich nie jest tak naprawdę ani zły, ani dobry, a cały polityczny świat jest pełen szarości. Na początku lektury można pogubić się w licznych nazwiskach czy nazwach partii, jednak czytając uważnie, po chwili wszystko ułoży się w logiczną całość. I choć Wotum nieufności osadzone jest w świecie literackiej fikcji, łatwo możemy zaobserwować mechanizmy rządzące prawdziwą polską sceną polityczną. Mało tego! Remigiusz Mróz stworzył mnóstwo nawiązań do prawdziwych postaci oraz sytuacji. Pozostał więc, jak zawsze, niesamowicie spostrzegawczy i dotknął wielu aktualnych problemów naszego kraju. Prawdziwy rarytas dla czytelników, którzy pozostają na bieżąco z sytuacją polityczną Polski. I nie tylko... 

Nie ma się jednak co dziwić mistrzowsko odwzorowanemu porządkowi politycznemu, bowiem pisarz jest przecież specjalistą od prawa konstytucyjnego, co fantastycznie wykorzystał. Przede wszystkim powieść ta idealnie prezentuje, jak faktycznie wyglądają kompetencje Prezydenta RP, ile w rzeczywistości leży w jego rękach, a ile zależy od całej reszty politycznego zaplecza. 

W książce nie brakuje także licznych odniesień do popkultury czy pokazania realnej potęgi social mediów. Autor uświadamia także, jak bardzo klasyczne media manipulują informacją i nami – zwykłymi, niczego nieświadomymi obywatelami.

Nie do końca przekonały mnie jednak dialogi, które miejscami wydają się sztuczne i naciągane. Jednak jest to jedyny minus tej świetnej powieści.

Historię zakańcza doskonały plot twist, który sprawił, że niemal odliczałam dni do premiery drugiego tomu, który aktualnie kończę czytać. Recenzja za tydzień!

Po skończonej lekturze  nie jestem jednak w stanie zgodzić się, jakoby Wotum nieufności jest polskim House of Cards. Niby gatunek ten sam, jednak książki w moim odczuciu były całkowicie inne – żadna z nich nie była lepsza od drugiej. Nie znając rekomendacji wydawnictwa, na pewno nigdy bym w ten sposób nie pomyślała. Nie ulega jednak wątpliwości, że po tę pozycje warto sięgnąć, nawet jeżeli do prozy tego autora nie jesteście przekonani. Może zmienicie zdanie?


Podsumowanie:
Autor: Remigiusz Mróz
Tytuł: Wotum nieufności
Seria: W kręgach władzy
Tom: I
Strony: 600
Wydawnictwo: FILIA
Moja ocena: 6/10

W tytule cytat Tacyta, który rozpoczyna blurb Wotum nieufności.
0
Podziel się

Jonathan Carroll to jeden z tych nielicznych pisarzy, których wprost uwielbiam, których nie czytam, a pochłaniam, których każda kolejna książka to dla mnie ekscytująca przygoda, od której nie mogę się oderwać. Absolutnie każda! Pełne magii i emocji niezwykłe światy, które kreuje Carroll, nadnaturalne postaci i całkowicie abstrakcyjne sytuacje nie tylko dostarczają mi wiele radości, ale także wiele lat temu wykreowały mój literacki gust i wysoko postawiły poprzeczkę innym pisarzom.

Jonathan Carroll należy do grupy pisarzy, którzy każą czekać swoim fanom na kolejne książki. Szczególnie ostatnimi czasy. Sześć lat czekaliśmy na Kąpiąc Lwa, po niespełna czterech pojawiła się ostatnio Kolacja dla Wrony, która zdecydowanie nie jest tym, czego wszyscy się spodziewali. Ja jednak przez te wszystkie lata wciąż zadawałam sobie pytanie: co temu człowiekowi w głowie siedzi? I ta książka właśnie po części na to pytanie odpowiada, nieco przybliżając mi meandry jego myśli i inspiracji.

Kolacja dla Wrony to zbiór króciutkich opowiadań, esejów, przemyśleń i anegdot z życia Jonathana Carrolla. Niektóre są lepsze, niektóre gorsze, jedne dłuższe, inne krótsze. Każde jednak mówi nam coś o samym autorze, wyjaśnia skąd brały się pomysły na kolejne książki. Nie mogło zabraknąć nieco nadnaturalnych elementów, jak faktycznie szukanie nadziei w szpitalu czy opowiadanie o mieszkającym w brzuchu strachu. Z jednej strony nie ma nic, co łączyłoby te krótkie historyjki. Wszystkie jednak razem starają się przybliżyć nam sens życia, pokazać, w jak prosty sposób można uczynić z niego prawdziwą sztukę. Kolacja dla Wrony pokazuje, jak wiele magii znajduje się w naszej codzienności, ile radości i inspiracji można czerpać z codziennych, zwyczajnych sytuacji. Carroll bez wątpienia pozostaje więc w moich oczach mistrzem czynienia sztuki z życia. I to sztuki przez duże S, bo tej surrealistycznej i abstrakcyjnej, która porusza mnie najmocniej.

Dużą zaletą tej książki jest fakt, że można swobodnie czytać ją „na wyrywki” i zależnie od sytuacji lub ewentualnego nastroju znaleźć coś, co do nas trafi, poprawi humor bądź też wpłynie na nasze zdystansowanie się do trudnych sytuacji. Przynajmniej na mnie tak działa. I podejrzewam, że wywoła podobny efekt u każdego wiernego czytelnika Jonathana Carrolla.

Kolacja dla Wrony zdecydowanie nie jest pozycją, od której należy zacząć swoją przygodę z tym osobliwym pisarzem. Lepiej do tego zda się Kraina Chichów albo Kości Księżyca. Jest to natomiast pozycja obowiązkowa dla każdego, kto się fanem Carrolla mianuje. 

Podsumowanie:
Autor: Jonathan Carroll 
Tytuł: Kolacja dla Wrony
Strony: 208
Wydawnictwo: Dom Wydawniczy REBIS
Moja ocena: 8,5/10

Za egzemplarz do recenzji serdecznie dziękuję: 

  
2
Podziel się

Długo zastanawiałam się, jak w ogóle zacząć tę recenzję. Zacznę więc szczerze. Czytając Króla Szczepana Twardocha, nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że jestem zwyczajnie głupia, że chyba nie do końca rozumiem, że może ta książka jest na mój rozum za mądra. Myślałam: „dobra, idź sobie poczytaj te swoje czytadła, które nie wymagają większego wkładu umysłowego”. Bo jak inaczej wyjaśnić fakt, że tak bardzo nużyła i wręcz męczyła mnie powieść, która była tak głośna, tak rozkrzyczana, taka oh i ach, a dodatkowo stworzona przez najbardziej obiecującego pisarza współczesnego pokolenia? Po napisaniu niemal całej recenzji rzuciłam więc okiem na krążące w mass mediach opinie o Królu i... kamień spadł mi z serca, ponieważ w swoich osądach i odczuciach nie pozostałam osamotniona.

Za największą wadę Króla uważam fakt, że został on napisany właśnie przez Szczepana Twardocha. Bo nie jest to książka zła, tego zdecydowanie nie można o niej powiedzieć. Jednak po tym autorze oczekuje się więcej, bardziej, mocniej. Po niesamowitej Morfinie czy Wiecznym Grunwaldzie, Król zaprezentował się raczej blado, wtórnie i niestety... wyjątkowo przesadnie. I nie jestem w stanie pisać o tej powieści, nie porównując jej do poprzednich dzieł autora, które niemal ociekały geniuszem i wykręcały bebechy, jakby powiedział Witkacy.

Jak dowiadujemy się z okładki, historia opowiada o Warszawie lat 30., Warszawie przedwojennej, polsko-żydowskiej, Warszawie nazwanej „polskim piekłem”. I tutaj pojawia się pierwsza przesada, bowiem opis rzeczywistości 1937 roku przywodzi raczej na myśl rzeczywistość lat 90.: drogie samochody, niewyobrażalna ilość kokainy i wybitnie wulgarny język. Mówiąc o przesadzie, nie można nie wspomnieć o postaci głównego bohatera, Jakuba Szapiro, którego hiperboliczna kreacja zahacza już o groteskę. Jakub to bohater typowy, ale także nieprawdziwy i zupełnie nieprzekonujący – budzący respekt król Warszawy, niepokonany bokser z trudnym dzieciństwem, jeszcze trudniejszą młodością i niezwykle trudnym charakterem. Cechuje go wątpliwa charyzma, która sprawia, że każda (!) kobieta go pragnie, na każde jego słowo wszystkie gotowe są ściągać majtki i uprawiać ostry i dziki seks. Wszędzie. Cały czas. I mnogość wielkich kwantyfikatorów w tym  zdaniu nie jest z mojej strony przesadą.

Co też razi oczy to niemal zabójcze stężenie testosteronu i męskość poniesiona niemal do rangi kultu. W świecie, w którym dominuje drastyczna, miejscami nie do zniesienia przemoc, seks i narkotyki, obecność kobiet jest niemal deficytowa a te, które już się pojawiają, sprowadzane są do roli tanich kurew, puszczalskich cwaniar lub uciśnionych i nieszczęśliwych, acz pogodzonych ze swoim parszywym losem kur domowych, których życiorysy mógłby z powodzeniem sfilmować Wojciech Smarzowski.

To właśnie chyba przesada jest tym, co powoduje czytelnicze znużenie i zmęczenie. Zarówno w konstrukcji postaci i wulgarności języka, ale także w ilości niewyobrażalnej przemocy, opisów mordów i wynaturzonego seksu. To także odbiera powieści wiele realizmu. Bo poza tym, że bohaterowie nie wylewają za kołnierz, ćpają na potęgę, uprawiają seks i mordują się w bardzo sadystyczny sposób, w książce nie wiele się dzieje. 

Jednak Król to nie tylko przesada przez duże P. Ta powieść ma również wiele plusów. Jest na przykład o wiele bardziej przystępna niż jej poprzedniczki. Dzieje się tak dlatego, że mniej w niej jest wewnętrznych monologów, mniej nierealnych bytów czy „strumienia świadomości”. Mamy jasno (pozornie) określonego narratora, który opowiada nam o wydarzeniach, których był świadkiem. Metafizyczne elementy ograniczone zostały do unoszącego się nad Warszawą wieloryba Litani oraz brata diabła Pantaleona Karpińskiego.

Nazywam się Mojżesz Bernsztajn, mam siedemnaście lat i nie jestem człowiekiem, jestem nikim, nie ma mnie, nie istnieję, jestem chudym, ubogim synem nikogo i patrzę na tego, który zabił mojego ojca, patrzę jak stoi w ringu, piękny i silny. 

Dużym plusem jest także niezmienna zabawa formą i językiem, którym Twardoch operować umie mistrzowsko. Autor posiada umiejętność ujmowania rzeczywistości w sposób niezwykle autentyczny ale także bolesny i mocny. Bo mimo wszystko w Królu jest dużo prawdy: prawdy o ludziach, o życiu, o emocjach.

W tle powieści, na drugim planie pokazany jest przygnębiający obraz polskiej sceny politycznej 1937 roku. Autor wyciąga na światło dziennie to, co polska historia od lat wypiera, o czym w szkołach się nie mówi. Bo przecież Polacy pokazywani są jako naród, który w czasie II Wojny Światowej pomagał Żydom. Prawda jest jednak inna i Szczepan Twardoch przypomina między innymi ławkowe getta czy obóz koncentracyjny w Berezie Kartuskiej. Ponadto ożywia mniej znane i zapomniane już autentyczne postacie, np. Ryfkę Kij – właścicielkę jednego z najbardziej ekskluzywnych przedwojennych burdeli czy Pantaleona Karpińskiego – prawą rękę znanego gangstera Łukasza Siemiątkowskiego.

W gruncie rzeczy Król nie jest książką złą. Nie do końca odpowiada mi obraz rzeczywistości, jaką wykreował autor, jednak pewne aspekty zasługują na pochwałę. Samo zakończenie nieco zaskakuje, ale także pozostawia pewien niedosyt. Mnie osobiście ta książka nieco znudziła w pewnym momencie, męczyła wręcz (ale nie tak, jak Twardoch męczyć powinien) i sprawiała, że nie miałam ochoty czytać dalej. Jednego plot twistu się domyśliłam na początku, drugi natomiast mocno mnie zaskoczył. Ostatecznie bilans prezentuje się raczej neutralnie. Oczekiwałam od tej powieści czegoś innego, czegoś bardziej, czegoś mocniej. Myślę, że brakło trochę Twardocha w Twardochu, a zarazem było go za dużo. Tak. Chyba właśnie tak... 

Podsumowanie:
Autor: Szczepan Twarodch
Tytuł: Król
Strony: 429
Wydawca: Wydawnictwo Literackie
Moja ocena: 6/10
6
Podziel się
Nowsze posty Starsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • Są inne Annapurny w życiu człowieka – „Annapurna” [recenzja]
    Ach, jak ja kocham góry! Trampeczki, plecaczek i jazda! Na koniec grzaniec luz zimne piwo – w zależności od pory roku. Choć góry wolę ...
  • Tajemnica pomidorowego sosu i włoskiej mafii – „Miłość, szkielet i spaghetti” [recenzja]
    Gdy zabieram się za czytanie czegoś, co ktoś wcześniej określił mianem komedii, zwykle kończy się to rozczarowaniem, zażenowaniem i obi...
  • Życie to dla nas wieczne wczoraj – „Nostalgia Anioła” [recenzja]
    Wizje życia po śmierci, nieba i piekła są motywem w literaturze popularnym. Pisarze (ale nie tylko) często starają się znaleźć alternaty...
  • Plagiat, którego nie było. Czy naprawdę jestem „złodziejem nieumiejącym samodzielnie myśleć”?
    Kilka dni temu autorka bloga czepiamsieksiazek.pl posądziła mnie o plagiat. Moja recenzja książki Mama umiera w sobotę Rafała Niemczyk...
  • 22. Międzynarodowe Targi Książki w Krakowie [relacja]
    Ach, co to były za Targi... Trzeci raz już miałam możliwość uczestniczenia w Krakowskich Targach Książki i nie przesadzę, jeżeli powie...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates