białe mebelki
  • Recenzje
    • Powieść
    • Opowiadania
    • Literatura faktu
    • Poradnik
  • Matka Polka Recenzentka
    • Książeczki Dla Najmłodszych
    • Dla starszych
    • Dla Rodzica
  • Lifestyle
    • Karotka w garach
    • Karotka na szmacie
    • Zagubiona w czasie
    • Zbrodnia na macierzyństwie
  • Inne
    • ŚBK
    • Relacje
    • Wywiady
    • Zapowiedzi
    • Akcje


Nie raz słyszałem plotki, że po świecie krążą książki masowego rażenia, będące w stanie zniszczyć każdego czytelnika. Działają jak wirusy i w gruncie swojej treści tym właśnie są: wirusami języka - zarażają sobą odbiorcę nieodwołalnie go transformując.

Kochamy książki, prawda? Czytamy w każdej wolnej chwili, każdym możliwym miejscu – w tramwaju, pociągu, poczekalni. Często mówimy, że żyć bez książek nie umiemy, że się nie da. A co, gdyby naprawdę tak było? Że się nie da? 

Znany wszystkim fanom fantasy i horroru Dawid Kain w opowiadaniu Kotku, jestem w ogniu kreuje właśnie taki świat – świat opanowany przez książkoholików, raj dla czytelników, twórców, wydawców, w którym wszystko podporządkowane jest literaturze. Co dla mnie najciekawsze - nawet język! 

Handlowałem rzadkimi, wywołującymi specyficzne fazy tekstami literackimi. Załatwiałem je ludziom za mniejszą lub większą opłatą, żeby się uczytali do nieprzytomności, zapominając o różnych smutnych sprawach, które ich dręczyły. Z tego żyłem, chętnych nie brakowało.

Główny bohater, Edward Egan, jest zatwardziałym utracjuszem i dilerem literatury, głównie tej, która wyszła spod pióra jego pomylonego przyjaciela Zampano. Zarabia tyle, żeby wystarczyło na imprezy i używki. Na co dzień mieszka w nieprzyjemnej Postmodernie. My poznajemy go, gdy po jednej z hojnie zakrapianych imprez budzi się daleko od domu, w kościele, otoczony dziwnymi postaciami. Jedna z nich namawia go natrętnie, aby znalazł najważniejsze rzekomo dzieło literackie zwane Raportem, które to skrywa w sobie sens istnienia świata i literatury. Skutkiem pewnych zdarzeń i zbiegów okoliczności, Edward postanawia wyrwać się na chwilę ze swojego smutnego życia i wyrusza na poszukiwanie ów tajemniczego Raportu. 

Dawid Kain kreuje dobrze przemyślany świat. Razem z Edwardem przechadzamy się więc uliczkami nazwanymi od nazwisk największych pisarzy wszechczasów, zwiedzamy kościoły m.in. Williama Burroughsa, obserwujemy wojny toczone między obozami Kinga i Forestera. Spotykamy uczytanych do nieprzytomności ludzi, naćpanych czasem, żyjących w ciągłym oszołomieniu, na fabularnym haju. Literacki detoks prowadzi bowiem do śmierci w niewyobrażalnych męczarniach. 

Jednak przyjmując to założenie trzeba uwierzyć, że naprawdę istnieją światy, gdzie niszowe dzieła autora ukrywającego się pod pretensjonalnym pseudonimem Ducha Świętego nie tylko otaczane są niewyobrażalną czcią i graniczącym z psychozą kultem, ale też sprzedały się w setkach milionów egzemplarzy. Że istnieją światy, w których kraje o nonsensownych nazwach jak Niemcy, Polska czy Rosja nie tylko są realne, ale nawet toczą ze sobą wojny. I to na dodatek z powodów pozaliterackich!

Nie zabrakło więc autorowi ironicznego poczucia humoru, z którego jest znany. Ku uciesze mojego serca pojawia się też charakterystyczna dla Kaina groteska, motywy filozoficzne i liczne nawiązania do popkultury. Miłośnik gore i bizzarro funduje swoim czytelnikom iście ostrą jazdę bez trzymanki. 

Niestety warstwa fabularna trochę rozczarowuje. Dlatego właśnie określiłam Kotku, jestem w ogniu mianem opowiadania. Jest to bowiem jednowątkowa opowiastka o podróży Edwarda po tym fantastycznie wykreowanym świecie, która niestety za szybko się kończy, przez co sprawia wrażenie niepełnej, niedokończonej. Uczucie to wzmaga fakt, że proporcje zostały zaburzone. Stosunkowo długie rozwinięcie akcji determinuje ochotę czytelnika na dłuższe, pełniejsze zakończenie. Tu historia nagle się urywa, a ja miałam wrażenie, że mam wersję demo tej kiążki. Ale zapewniam Was, że to jedyny, malutki minus. Wszystkich miłośników tego j a k j e s t n a p i s a n e, zapraszam dalej, bo teraz wyleję na Was falę językowych ekscytacji.

Z rozpędu rzuciłem więc na stertę piętrzącego się na środku pokoju dziadostwa, przeczuwając, że gdzieś u podnóża tej góry badziewia będzie tkwiła odpowiedź na poniekąd filozoficzne pytanie: gdzieś komórkę wpieprzył?

Lubię takie książki, podczas czytania których, uśmiecham się do siebie dlatego, że spodobała mi się konstrukcja jakiegoś zdania, rozbawiło mnie ciekawie użyte słowo. Kotku, jestem w ogniu to kopalnia takich smaczków. Jako że znajdujemy się w świecie, którego istotą istnienia jest literatura, język został zaadaptowany do zaistniałej rzeczywistości, więc w tekście gęsto od ciekawych neologizmów. Nie brakuje również licznych regionalizmów, kolokwializmów oraz tego, co nazwane zostało kainizmami. 

Świetnie bawiłam się również znajdując ciekawe literackie powiązania, odwołania do praktycznie każdego gatunku literatury. Autor przywołuje nazwiska pisarzy każdej epoki, różnych narodowości. Ponadto trochę dopieka współczesnym sobie pisarzom, ironizuje ich twórczość, ale ich nazwisk w większości trzeba się domyśleć. Dostaje się też wydawnictwom, czytelnikom i całemu literackiemu światkowi. Prawdziwa gratka dla książkoholików! 

Kotku, jestem w ogniu charakteryzuje się nienagannym stylem. Dawid Kain posługuje się wyszukanymi metaforami, nieco abstrakcyjnymi porównaniami i opisami, które bezpośrednio związane są z pisarstwem, drukiem, tworzeniem. A ja po prostu uwielbiam takie atrakcje. 

Książka wgryza się w mózg. Mnie pozostawiła z wrażeniem, że jest to jedna z tych pozycji, którą handlował Edward Egan, że wprost naćpałam się tym wszystkim, uczytałam się radośnie i było mi z tym dobrze. Wam też będzie, gwarantuję! 

Podsumowanie:
Autor: Dawid Kain
Tytuł: Kotku, jestem w ogniu
Strony: 170
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 8+/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:

10
Podziel się


Nie jest łatwo być czytelnikiem tak wybrednym, z bliżej nieokreślonym gustem i na dodatek tak bardzo skrajnym. Właśnie to ostatnie sprawia mi wiele problemów podczas oceniania filmu bądź pisania recenzji przeczytanej książki. Bo albo coś jest w moim mniemaniu absolutnie fenomenalne, albo okazuje się kompletnym chłamem. Czarne lub białe – nie ma zbyt wiele miejsca na szarości. Ponadto zdecydowanie bardziej wolę pisać o książkach, które bezsprzecznie mnie zachwycają – taka natura. Dziś jednak pochylę się nad pozycją, którą zakwalifikowałabym raczej do tych szarych. 

Chciałabym rozpocząć od okładki. Choć książek nie ocenia się zwykle ze względu na szatę graficzną, to w tym wypadku okładka zdecydowanie stanowi najmocniejszą stronę (brawa dla Pawła Dobkowskiego!) – czarno-biała, szykowna i minimalistyczna sprawiła, że zapragnęłam ją mieć, czytać. Również blurb zwrócił moją uwagę. Nie były to może Kości Księżyca, jednak znów zapragnęłam poczytać o międzywymiarowych podróżach, innych ciekawych światach, nadnaturalnych postaciach… Ach!, ależ pozory potrafią zmylić.

Joanna, Michał, Tomasz i Kinga to warszawiacy, którzy zostają wyrwani z naszego świata i przeniesieni do magicznego Hamanu, aby rzekomo go uratować. Tego dowiadujemy się z opisu książki. Z samej książki nie dowiadujemy się zbyt wiele. 

Trudno jest mi w słowa ubrać coś tak chaotycznego, jak Studnia Zagubionych Aniołów, ciężko jakoś poukładać fabułę, która przebiega tak wielotorowo. Zacznijmy więc od tego, od czego rozpoczyna się powieść – EGENE. Tekst napisany pseudopoetycką prozą ze zdaniami tak długimi, że będąc w połowie już zapominałam, co było na początku. Narrator wprowadza nas w magiczny świat, próbując użyć w tym celu równie magicznego języka, co dla mnie osobiście było nader męczące. 

Tak oto natrafiamy na paradoks fraktala, płatka śniegu. Chodź wydaje się taki maleńki, gdy usiłujemy uważnie ogarnąć umysłem jego kształt, prześledzić wszystkie linie, nagle okazuje się, iż w istocie ciągnie się w nieskończoność. My również moglibyśmy teraz wyruszyć w naiwną wyprawę w poszukiwaniu mitycznego początku, który ciągle wymykałby nam się w ostatniej chwili, aż wreszcie dotarlibyśmy do narodzin samego czasu.

Po nieco zbędnym wprowadzeniu do historii, rozpoczyna on swoją opowieść, wydawać by się mogło – właściwą. I znów zdania długie, za długie i toporne. Jesteśmy świadkami walki kobiety z mężczyzną. Kto, co, gdzie, kiedy, po co? Nie wiem. Chaos, chaos, chaos. Chaos w słowach, chaos w ciągach przyczynowo-skutkowych, niezrozumiałe, zdawkowe dialogi i… koniec. Krew, śmierć, game over. Ale czy na pewno?

Nagle przenosimy się do Szklanej Wieży, gdzie o swoim żywocie opowiada nam Astronom z T’araf – Istharion. Jego język charakteryzuje ten sam pseudopatos, który wcześniej zaobserwowałam u narratora. On również wypowiada się bezpośrednio do Ciebie, słuchaczu. Lepiej więc słuchaj uważnie, bo ja uważnie nie słuchałam i zupełnie nie wiem, o co ekscentrycznemu starcowi chodziło. 

Niektóre elementy tekstu zostały wyróżnione kursywą. Nie wiem, czemu miało to służyć. Może fragmenty były przypadkowo wybrane? Takie odniosłam wrażenie, bo również w tym miejscu panuje niezrozumiały zamęt. 

Mogłabym tak dalej analizować rozdział po rozdziale, ale nie w tym rzecz. Bo w końcu mozolnie dochodzimy do momentu, w którym poznajemy naszych bohaterów... i nie tylko ich. Bo poznajemy też inne postaci, które pojawiają się znikąd, nic nie wnoszą i równie nonsensownie znikają. Ale skupmy się na tej czwórce, która finalnie, za sprawą wielu zbiegów okoliczności i pomarańczowego tunelu, znajdzie się w Hamanie. Kinga, Joanna, Michał i Tomasz… O ile jeszcze Kingę od Joanny odróżnić dało się bez większych problemów, o tyle wszelkie męskie postaci wydają mi się być identyczne. Nie ma mowy o pogłębieniu portretów psychologicznych, bohaterowie wydają się być niemal papierowi. Na domiar złego zlewają się z tymi występującymi w pierwszej powieści Laisena CK Monogatari. A szkoda, bo wszystko miało ogromny potencjał. 

Jeżeli chodzi o język, to pozostawia sporo do życzenia. W większości wszystko jest poprawne, nie ma zbyt wielu błędów, jednak wydaje się być bardzo kwadratowe i nienaturalne. Autor posiada bowiem niezrozumiałe uwielbienie do słów, których używa się rzadko, które nie są pospolite. I wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że wyrazy te używane są pośród zwyczajnego słownictwa, przez co bardzo rzucają się w oczy, mocno kontrastują i kłują. Jednym z tych słów, które pojawia się nader często jest interlokutor. Po co? Nie wiem. W takich zwyczajnych sytuacjach zdecydowanie wystarczyłby rozmówca, gdyż Studnia Zagubionych Aniołów nie jest naukową rozprawą o teorii komunikacji. Również zbędne wydało mi się szafowanie pojęciem skonstatować, które również nie jest słowem popularnym, zatem zwraca niepotrzebną uwagę, gdy jest w jednej powieści skumulowane. Miło wiedzieć, że autor zna takie niecodziennie słowa, jednak tutaj należy podjąć decyzję – albo pisze się językiem tuzinkowym, albo wyszukanym. Takie nieuzasadnione mieszanki zdecydowanie nie działają dobrze.

Czy wszystko zasługuje zatem na krytykę? Nie. Bo sam pomysł na historię jest fajny. Studnia Zagubionych Aniołów otwiera sagę Teraia, więc jeszcze będzie się działo. Ciekawa jestem niezmiernie, jak autor zamierza rozwinąć te wszystkie wątki, które rozpoczął, jak chce uporządkować ten fabularny nieład. Dam więc szansę Panu Arturowi, żeby to wyprostował i zachwycił mnie baśniowym Hamenem w kolejnych częściach. 

Pozycja zdecydowanie dla wytrwałych miłośników fantasy i im w szczególności polecam tę pozycję. Może odnajdziecie w tej książce tę magię, której ja znaleźć nie potrafiłam.

Podsumowanie:
Autor: Artur Laisen
Tytuł: Studnia Zagubionych Aniołów
Strony: 385
Wydawca: Genius Creations
Moja ocena: 5/10

Za egzemplarz do recenzji dziękuję:



Długo musieliście czekać na ten tekst, jednak miałam pewne moralne dylematy z nią związane. Postanowiłam jednak, że się pojawi. Kolejne teksty będą się ukazywać częściej, chociaż walczę z licencjatem i The Walking Dead, więc czas to towar deficytowy. Następny w kolejności jest Dawid Kain i jego Kotku, jestem w ogniu. Do zobaczenia! 
7
Podziel się

Czy w świecie poza literaturą istnieje coś takiego jak skaza tragiczna, ta ostentacyjna ciemna rysa biegnąca przez środek życia? Kiedyś myślałem, że nie, nie istnieje. Teraz uważam inaczej. I sądzę, że moją skazą jest patologiczne pragnienie tego, co malownicze – za wszelką cenę. A moi. L'historie d'une de mes folies. 

Każdy z nas dobrze wie, uczył się od lat najmłodszych, że za swoje czyny należy ponieść odpowiedzialność. Co to więc takiego, ta cała odpowiedzialność? Julian Tuwim napisał kiedyś: Odpowiedzialność: to co inni powinni ponosić,* i choć miało to mieć charakterystyczny dla poety ironiczny wydźwięk, okazuje się bardzo prawdziwe. Ponadto Odpowiedzialność jest wygodna, spoczywa chętnie na takich, co są nietykalni.** I te dwa cytaty wydają mi się niezwykle adekwatne do rozpoczęcia rozważań na temat Tajemnej Historii – monumentalnej opowieści o próbie uniknięcia kary za swoje czyny.
 

W górach topniał śnieg i Bunny nie żył już od kilku tygodni, gdy w pełni uświadomiliśmy sobie powagę sytuacji. Wiecie, znaleziono go dopiero dziesięć dni po jego śmierci. (...) Nie zamierzaliśmy ukryć ciała gdzieś, gdzie nie byłoby można go odnaleźć. 

Są to pierwsze zdania powieści, a więc od samego początku wiemy, kto zginął i kto zabił. Zabójstwo nie jest więc tajemnicą – są nią motywy i fakt, jak do zbrodni doszło. Ale po kolei...
Richard Papen, narrator powieści, opuszcza swoje rodzinne miasteczko w Kalifornii, wyjeżdża do Vermontu i rozpoczyna studia na Hampden College. Szybko dokonuje tego, co wszystkim wydaje się niemożliwe – dostaje się na elitarny kurs filologii klasycznej prowadzony przez niezwykle charyzmatycznego Juliana Morrowa. Teraz musi jeszcze tylko zyskać akceptację nielicznej grupy studentów: Camilli, Charlesa, Francisa, Henry'ego i Bunny'ego. Nie jest to jednak łatwe, ponieważ grupa okazuje się zamknięta niczym sekta, a uczniowie wydają się snobistyczni. Na pierwszy rzut oka widać również, że – poza zamiłowaniem do antyku – łączy ich jakaś mroczna tajemnica. Richard powoli wkupuje się w łaski ekscentrycznych rówieśników, ale wie też, że od wielu rzeczy jest odsuwany, że jest coś, o czym nikt mu nie mówi. Z każdą stroną odkrywamy pewną część sekretu, aż w końcu dochodzi do morderstwa.

Nigdy, ani razu, w żadnym sensie nie przyszło mi do głowy, że wszystko to jest czymkolwiek poza grą. Atmosfera nierzeczywistości okryła nawet najbardziej prozaiczne szczegóły, tak jakbyśmy obmyślali nie śmierć przyjaciela, tylko plan wspaniałej wycieczki. Przynajmniej ja nigdy do końca nie wierzyłem, że kiedykolwiek naprawdę ją odbędziemy.

Historia jest więc banalna – mamy Zbrodnię i Karę obudowaną w sześćset stronicowy wolumin i Raskolnikowa w postaci pięciorga studentów. Autorka zadaje nam wszystkim znane już pytania: jak daleko można się posunąć? Czy da się uniknąć konsekwencji, uciec od odpowiedzialności? 
Co jest więc w Tajemnej Historii takiego niezwykłego? Dlaczego Donna Tartt tak bardzo zachwyciła i nadal zachwyca czytelników? 

Po pierwsze to, co lubię najbardziej, czyli psychologizm – Tajemna Historia to bezbłędna galeria starannie skonstruowanych postaci. Każdy bohater ma inny, niejednoznaczny charakter, Jego osobowość jest odzwierciedleniem środowiska w jakim funkcjonuje. Z każdą stroną poznajemy co raz wnikliwiej kim są, jakie łączą ich relacje, odkrywamy, że pod kołderką pozornej normalności kryją się pewne demony i szaleństwa. Mogę więc z pełną odpowiedzialnością powiedzieć, że portret psychologiczny jest jednym z głównych bohaterów tej powieści.

Henry miał znacznie bardziej niezwykły talent do znikania, w pokoju, w samochodzie, pozorną umiejętność dematerializowania się na własne życzenie, i może ten dar był jedynie odwrotnością tamtego, nagłe skupienie rozproszonych molekuł, dzięki czemu widmowa forma natychmiast nabierała solidności – metamorfoza zadziwiająca jej naocznych światków.

Postacią nader intrygującą jest Henry – otoczony aureolą tajemniczości intelektualista. Frapuje czytelnika swoją powściągliwością, mądrością i opanowaniem. Znika na długi czas, nikomu z niczego się nie tłumaczy i, co ciekawe, nikt nawet nie pyta. Pojawia się znikąd i zawsze na wszystko ma jakąś odpowiedź. Ma również ogromny wpływ na wszystkich, którzy go otaczają, potrafi manipulować grupą tak, że ta nieświadomie podąża za nim, robiąc to, czego chce. To właśnie on zasiewa w głowach studentów myśl o zabójstwie Bunny'ego, planuje i dba o każdy szczegół. Jest w tym na tyle dobry, że nikt nie jest do końca świadomy, że to właśnie Henry wszystkim steruje. Do końca nie jest świadomy tego nawet czytelnik... 

Bo Tajemna Historia to przede wszystkim pierwszorzędny popis psychologicznej gry, jaką autorka prowadzi z czytelnikiem. Czytając, czujemy się uczestnikami wydarzeń, stajemy się współwinnymi zbrodni. Wszystko natomiast prowadzi do tego, że nie czujemy, aby zabójstwo było czymś złym, mamy poczucie, że nic wielkiego się nie stało, żyje się dalej, c'est la vie. Nie współczujemy Bunny'emu, ale solidaryzujemy się z grupą morderców, z nimi czujemy się dobrze. Potrzebujemy ich akceptacji tak, jak potrzebował jej Richard. On nie zabił dla samej idei zabijania i, w przeciwieństwie do pozostałych członków grupy, nie miał nic do Bunny'ego, a nawet go lubił. Zrobił to z pobudek czysto konformistycznych, z potrzeby poczucia przynależności i akceptacji – a my, czytelnicy, bardzo dobrze go rozumiemy. Nie wiedząc czemu, nie lubimy jednak ofiary. Męczy nas tak, jak męczyła Henry'ego i resztę. Czekamy tego morderstwa, nie możemy się wręcz doczekać.

Nie wiem. Parę miesięcy wcześniej przeraziłby mnie sam pomysł morderstwa w jakiejkolwiek formie. Ale w owo niedzielne popołudnie, gdy byłem jego świadkiem, wydawało się czymś najłatwiejszym na świecie. Jak szybko Bunny spadł w przepaść; jak szybko było już po wszystkim.

Do samego momentu zbrodni napięcie rośnie. Autorka popisowo buduje atmosferę niepokoju, tajemniczości, wzbudza ciekawość. Sprawia, że od Tajemnej Historii niesposób się oderwać. Umie dawkować informacje, rozbijać je, odkrywając tylko tyle, ile ma ochotę pokazać i pozostawiając nas z niemą obietnicą, że wkrótce dowiemy się więcej. Wszystko w swoim czasie. Więc czekamy. Tajemnica wychodzi na jaw, morderstwo się dokonuje i... I tutaj niestety czegoś brakło. 

Wydarzenia, które miały miejsce po dokonaniu zbrodni, wydają mi się nieco naciągane. Mam wrażenie, że autorce brakło pomysłu, gdzieś zaczęła się gubić, a ja trochę się rozczarowałam. Na szczęście samo zakończenie rekompensuje te drobne braki, zaskakuje i powoduje, że czytelnik tak naprawdę dopiero zaczyna pojmować to, co w rzeczywistości zaszło. Tym bardziej, że czytając, nie wiemy, jakiego zakończenia się spodziewać, nic nie wskazuje na to, aby ta opowieść w ogóle miała się skończyć; nic nie wskazuje na to, że skończy się właśnie tak.

Co bez wątpienia jest wielkim atutem książki, to wiarygodność i prawdziwość. Z każdego zdania, każdego słowa przebija się autentyczność, dlatego tak łatwo jest czytelnikowi stać się częścią hermetycznej grupy studentów filologii klasycznej. Dialogi są poprowadzone w bardzo naturalny sposób – każdy bohater mówi właściwym sobie stylem i jest to konsekwentne działanie autorki.

Język Tajemnej Historii również dodaje autentyczności tej opowieści, którą snuje Richard. Nie mówi on raczej tego wprost, ale my i tak dobrze wiemy, jak się czuł w danej sytuacji, jakie wrażenie wywierały na nim pewne wydarzenia czy widoki. Malownicze opisy krajobrazów były subtelne i choć czasem długie – zupełnie niemęczące. Wszystko za sprawą tego, że Tartt pisze po prostu elegancko i szykownie – językiem prostym, ale wysoce poprawnym i ładnym, na co zapewne też miało wpływ polskie tłumaczenie Jerzego Kozłowskiego.

Padał przez całą noc, ciepły deszcz, skapywał z dachu i stukał w szybę, gdy ja leżałem płasko na wznak z otwartymi oczami, nasłuchując. 
Padał przez całą noc i cały ranek; ciepły, szary, spływał miękko i miarowo jak sen. 

Tajemna Historia to gratka dla każdego studenta filologii, miłośnika sztuki, fascynata filozofii. Prawdziwy rarytas dla czytelnika wymagającego od fabuły czegoś więcej niż banalnego romansu, krzykliwej i dramatycznej opowieści o ćpunach, seksie oraz wszystkim tym, co aktualnie w literaturze jest modne. Chociaż książka została wydana niespełna dwadzieścia cztery lata temu, z pełną odpowiedzialnością stwierdzam, że teraz już się tak nie pisze – tak wytwornie i estetycznie a zarazem interesująco i zajmująco.

Ja nie mogę doczekać się, kiedy w moje ręce trafią kolejne dzieła spod pióra Donny Tartt. Tajemna Historia zdobyła moje serce, ale to Szczygieł zdobył Pulitzera, więc na pewno mnie nie rozczaruje. Ani mnie, ani żadnego innego wymagającego czytelnika.

Podsumowanie:
Autor: Donna Tartt
Tytuł: Tajemna Historia
Strony: 608
Wydawca: Znak
Moja ocena: 9+/10


*Julan Tuwim, Jarmark Rymów
**Stanisław Jerzy Lec
4
Podziel się
Nowsze posty Strona główna

Obserwuj

  • facebook
  • instagram
  • googleplus
  • pinterest

Popularne posty

  • [PRZEDPREMIERA] Fragment powieści „Bezsenni” Marcina Jamiołkowskiego!
    W stolicy wybucha seria tajemniczych pożarów. W dziwny sposób łączą się one z niezwykłym błękitnym płomieniem, który nawiedza sny młode...
  • …Śmierć nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii – „Modyfikowany węgiel” [recenzja]
    Biedna Śmierć, nie jest równym przeciwnikiem dla potężnych technologii przechowywania i odtwarzania danych w zmodyfikowanym węglu, a wsz...
  • Nikt tak naprawdę nie dorasta – „Magiczne Lata” [recenzja]
    Nie śpiesz się do dorosłości. Staraj się pozostać chłopcem tak długo, jak to tylko możliwe, bo gdy raz stracisz moc magii, pozostaniesz...
  • ...a później wszystko, prawie wszystko, było jak dawniej – „Dygot” [recenzja]
    Prawdziwymi szaleńcami są ci, którzy patrzą na to wszystko dookoła i pozostają normalni. Jan Łabendowicz zostaje przeklęty przez uc...
  • Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok – „Flu Game” [recenzja]
    Wszędzie czuję się tak, jakbym był gdzieś obok. Nie jestem u siebie nawet na osiedlowym boisku, które odwiedzam już bardzo rzadko, bo pr...

Archiwum bloga

  • ▼  2019 (19)
    • ▼  kwietnia (1)
      • Morderstwo, romans i pies – „Morderstwo w Hotelu K...
    • ►  marca (3)
    • ►  lutego (4)
    • ►  stycznia (11)
  • ►  2018 (13)
    • ►  grudnia (3)
    • ►  listopada (6)
    • ►  października (1)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  lutego (1)
  • ►  2017 (7)
    • ►  sierpnia (1)
    • ►  lipca (1)
    • ►  kwietnia (4)
    • ►  stycznia (1)
  • ►  2016 (10)
    • ►  grudnia (2)
    • ►  września (1)
    • ►  sierpnia (2)
    • ►  czerwca (2)
    • ►  maja (1)
    • ►  kwietnia (1)
    • ►  marca (1)

Autorzy

Marta Kisiel (7) Remigiusz Mróz (5) Jakub Małecki (4) Aneta Jadowska (3) Stephen King (3) Wojciech Klęczar (3) Artur Laisen (2) Daniel Keyes (2) Donna Tartt (2) John Irving (2) Krzysztof Bonk (2) Rafał Cuprjak (2) Rafał Niemczyk (2) Robert McCammon (2) Ahsan Ridha Hassan (1) Alice Sebold (1) Dawid Kain (1) Elizabeth Adler (1) Gabriele Clima (1) Jo Nesbø (1) Jonathan Carroll (1) Katarzyna Rupiewicz (1) Marta Galewska-Kustra (1) Marta Obuch (1) Mary Shelley (1) Maurice Herzog (1) Monika Kassner (1) Paulina Wróbel (1) Richard Chizmar (1) Richard Morgan (1) Robert Szmidt (1) Szczepan Twardoch (1)
Obsługiwane przez usługę Blogger.
Copyright © 2016 białe mebelki

ThemeXpose & Blogger Templates